| Mój Kierat – relacja subiektywna Ani |
|
|
| Wpisany przez and |
| środa, 03 czerwca 2009 09:51 |
|
W busie do Limanowej chyba sami „kieratowy”. Rozmawiam z dwiema debiutantkami. Jedna z nich jedzie z 14-stoletnią córką. Nie są biegaczkami, więc pokonany przez nie dystans prawie 50 km uważam za niezłe osiągnięcie. Rejestrujemy się, dostajemy numery i mapy, zrzucamy bagaż w sali gimnastycznej i idziemy na obiad. Niemal wszyscy siedzą z nosami w mapach obmyślając najlepsze warianty marszu. Znajomy Paweł pokazuje mi swój wariant. To doświadczony turysta i świetny nawigator, więc korzystam z jego uprzejmości i przenoszę jego trasę na swoją mapę. To pierwszy dowód na to, że mój sukces był wynikiem wielu szczęśliwych zbiegów okoliczności i życzliwości współuczestników rajdu. Może kiedyś pokonam taki dystans zupełnie samodzielnie i będę mogła powiedzieć, że to wyłącznie moja zasługa, ale nie wiem czy radość byłaby większa. Fakt, że spotykałam na trasie ludzi, którzy pomagali, z którymi razem pokonywałam słabości i kryzysy i później razem cieszyłam się na mecie, dawał dodatkowa radość, siłę i satysfakcję. ![]() Po starcie truchtałam samotnie widząc przed sobą, bliżej lub dalej, kilkoro zaledwie znajomych. Po około dwóch godzinach niebo pociemniało. Las, pierwsze zimne krople, zapadający zmierzch, nadchodząca burza. Nagle stwierdzam, że wokół mnie nie ma nikogo. Rozwidlenie dróg. Którędy? W zapadających ciemnościach, przez zalane deszczem szkła nie widzę mapy. Moje wrażliwe na zimno dłonie nie radzą sobie z otwarciem plecaka. Sama tego chciałaś, weź się w garść. Cholera, to dopiero początek, a ja wpadam w panikę. Ciekawe jak długo uda mi się wytrzymać. Nagle pojawia się młody chłopak. Nawiguje samodzielnie. On wie. Lecę z nim kawałek. Rozwidleń i krzyżówek jeszcze kilka – ze wszystkich wychodzimy zwycięsko. Kolejne podziękowanie, chociaż nawet nie znam jego imienia. Po drodze spotykamy Marzenę i Leszka. Proponują mi wspólną wędrówkę. Oddycham z ulgą. Przynajmniej noc przetrwamy razem. Poczułam się silna. Potem spotykamy jeszcze dwójkę młodych ludzi: sympatycznego chłopaka (Adam?) i Kasię - smukłą, delikatną dziewczynę, aż trudno uwierzyć, że pokonała cały dystans. Już z górki – pocieszamy się, bliżej niż dalej. No i według pobieżnych obliczeń, jeśli utrzymamy tempo, powinniśmy zmieścić się w 22 godzinach. To mobilizuje. Napieramy dalej. Niestety, mimo że siły jako tako dopisują, że udaje się nie zwracać uwagi na obolałe stopy, sztywne biodra, zdrewniałe łydki i uda, jeszcze nie koniec niespodzianek. Nie wiem ile straciliśmy czasu na szukanie punktu 12-go, ale szacowany czas ukończenia wydłuża się najpierw do 23 h, potem do doby, wreszcie przestaję liczyć. Nocą raczej nie udałoby się zaliczyć tego punktu. Nie chcę już nocy. Musimy skończyć za dnia. Mowy nie ma. Dzięki Marzenko i Leszku. Bez Was moja psyche padłaby gdzieś pod krzakiem razem z mdłym ciałem. Byłam tylko wagonikiem w pociągu. Czułam się jak wielbłąd na pustyni, wprawdzie dość wytrzymały, ale bez swojej karawany wart niewiele. Myślę, ze nie chodzi tu wyłącznie o pomoc w nawigacji. Mam wrażenie, że siłę czerpałam z kontaktu z innymi: jakiś uśmiech, pozdrowienie, czasem słowa uznania, współodczuwanie bólu, wspólny zachwyt nad krajobrazem, rozgwieżdżonym niebem (było niesamowite), leniwą salamandrą w świetle czołówki (jaka cudna), obawą przed napotkanymi dzikami (serio). |






Kierat? W moim przypadku to pomysł z księżyca, bo czy w imprezie nazwanej „Ekstremalnym maratonem pieszym” powinien brać udział ktoś kto po dwóch obrotach wokół własnej osi nie wie gdzie się znajduje? Może to moja przekora? W każdym razie coś tam w głowie zaiskrzyło, zaskoczyło i myśl, że może jednak nie daje spokoju. „Kierat? Czemu nie?” mówi napotkana w Lesie Kabackim Mel. „Ja? Taki dystans? Nie dam rady.” „Dlaczego nie? Dasz”. Mel jest najwspanialszym motywatorem, jakiego znam.
