Designed by:
SiteGround web hosting Joomla Templates


statystyka
Mój Kierat – relacja subiektywna Ani Drukuj Email
Wpisany przez and   
środa, 03 czerwca 2009 09:51

Kierat? W moim przypadku to pomysł z księżyca, bo czy w imprezie nazwanej „Ekstremalnym maratonem pieszym” powinien brać udział ktoś kto po dwóch obrotach wokół własnej osi nie wie gdzie się znajduje? Może to moja przekora? W każdym razie coś tam w głowie zaiskrzyło, zaskoczyło i myśl, że może jednak nie daje spokoju. „Kierat? Czemu nie?” mówi napotkana w Lesie Kabackim Mel. „Ja? Taki dystans? Nie dam rady.” „Dlaczego nie? Dasz”. Mel jest najwspanialszym motywatorem, jakiego znam.

Może rzeczywiście spróbować? Pobiegnę jakąś 30-tkę, Silesię (maraton w Katowicach)-będzie dobrze. Niestety, tydzień przed Silesią skręcam stopę. 2 tygodnie bez biegania, w czasie których z osoby „zawsze zdrowej” zamieniam się w depresyjną hipochondryczkę. Na szczęście ból szybko ustępuje i mimo niewielkiego obrzęku pomału wracam do biegania. Przypominam sobie o Kieracie. A co tam, spróbuję. Mam potem żałować? Najwyżej nie skończę, przejdę kawałek, zobaczę jak tam jest. To będzie moja pierwsza, nie ukończona impreza. Jeszcze nigdy nie zeszłam z trasy. Organizator pozwala na zgłoszenie i wpłatę po terminie i w czwartek wieczorem zaczynam się pakować. Trochę się guzdrzę, na sen zostaje niecałe 5 godzin. Rano, przed odjazdem pociągu spotykam Miśka. Jest wyluzowany i spokojny. No, ale to jego trzeci raz, w ubiegłym roku już „Kierat” zaliczył. Mi emocje nie pozwalają wykorzystać czasu spędzonego w pociągu na sen.


W busie do Limanowej chyba sami „kieratowy”. Rozmawiam z dwiema debiutantkami. Jedna z nich jedzie z 14-stoletnią córką. Nie są biegaczkami, więc pokonany przez nie dystans prawie 50 km uważam za niezłe osiągnięcie.

Rejestrujemy się, dostajemy numery i mapy, zrzucamy bagaż w sali gimnastycznej i idziemy na obiad. Niemal wszyscy siedzą z nosami w mapach obmyślając najlepsze warianty marszu. Znajomy Paweł pokazuje mi swój wariant. To doświadczony turysta i świetny nawigator, więc korzystam z jego uprzejmości i przenoszę jego trasę na swoją mapę. To pierwszy dowód na to, że mój sukces był wynikiem wielu szczęśliwych zbiegów okoliczności i życzliwości współuczestników rajdu.  Może kiedyś pokonam taki dystans zupełnie samodzielnie i będę mogła powiedzieć, że to wyłącznie moja zasługa, ale nie wiem czy radość byłaby większa. Fakt, że spotykałam na trasie ludzi, którzy pomagali, z którymi razem pokonywałam słabości i kryzysy i później razem cieszyłam się na mecie, dawał dodatkowa radość, siłę i satysfakcję.

fot: Tomasz Baranowski

Po starcie truchtałam samotnie widząc przed sobą, bliżej lub dalej, kilkoro zaledwie znajomych. Po około dwóch godzinach niebo pociemniało. Las, pierwsze zimne krople, zapadający zmierzch, nadchodząca burza. Nagle stwierdzam, że wokół mnie nie ma nikogo. Rozwidlenie dróg. Którędy? W zapadających ciemnościach, przez zalane deszczem szkła nie widzę mapy. Moje wrażliwe na zimno dłonie nie radzą sobie z otwarciem plecaka. Sama tego chciałaś, weź się w garść. Cholera, to dopiero początek, a ja wpadam w panikę. Ciekawe jak długo uda mi się wytrzymać. Nagle pojawia się młody chłopak. Nawiguje samodzielnie. On wie. Lecę z nim kawałek. Rozwidleń i krzyżówek jeszcze kilka – ze wszystkich wychodzimy zwycięsko. Kolejne podziękowanie, chociaż nawet nie znam jego imienia. Po drodze spotykamy Marzenę i Leszka. Proponują mi wspólną wędrówkę. Oddycham z ulgą. Przynajmniej noc przetrwamy razem. Poczułam się silna. Potem spotykamy jeszcze dwójkę młodych ludzi: sympatycznego chłopaka (Adam?) i Kasię - smukłą, delikatną dziewczynę, aż trudno uwierzyć, że pokonała cały dystans.

„Skąd jesteście?” „ Stąd”- śmieją się. I znowu dzięki ich życzliwości zyskujemy trochę czasu nie błądząc w poszukiwaniu kolejnego punktu. No i raźniej wędrować w tych ciemnościach. Nocą staramy się nie kombinować. Wybieramy najłatwiejsze, nawet jeśli dłuższe drogi. Cieszymy się, gdy na wschodzie niebo zaczyna jaśnieć. Ale upragniony początek dnia przynosi znużenie. Po męczącym podejściu na kolejnym punkcie przy jaskini „Czarna Dziura” (fajne, klimatyczne miejsce) Marzena odpływa przy kojącym ognisku. Potem, na zejściu ze Szczebla ja zaczynam zasypiać, potykam się, zataczam jak pijana. Męczę się tak prawie do kolejnego punktu (Glistne przy kościele). To już (dopiero?) półmetek. Tu najwięcej osób zrezygnowało z dalszej wędrówki. Ale nas gorący żurek i kawa z miodem stawiają na nogi i możemy ruszać dalej.

Już z górki – pocieszamy się, bliżej niż dalej. No i według pobieżnych obliczeń, jeśli utrzymamy tempo, powinniśmy zmieścić się w 22 godzinach. To mobilizuje. Napieramy dalej. Niestety, mimo że siły jako tako dopisują, że udaje się nie zwracać uwagi na obolałe stopy, sztywne biodra, zdrewniałe łydki i uda, jeszcze nie koniec niespodzianek. Nie wiem ile straciliśmy czasu na szukanie punktu 12-go, ale szacowany czas ukończenia wydłuża się najpierw do 23 h, potem do doby, wreszcie przestaję liczyć. Nocą raczej nie udałoby się zaliczyć tego punktu. Nie chcę już nocy. Musimy skończyć za dnia. Mowy nie ma.

Po drodze Leszek zamienia się w masażystę, żeby doprowadzić nogi Marzeny do jako-takiego stanu. Ja wolę nie zaglądać do swoich butów.

Do ostatniego, 13-go punktu już tak blisko, tylko 7 km, ale droga po asfalcie wydaje się nie mieć końca. Ratunkiem jest napotkany w Słopnicach, po raz pierwszy na trasie, czynny sklep, za chwilę następny. W obu zaliczam porcję lodów. Od ostatniego punktu tylko 5 km do mety. Już w Limanowej wyprzedza nas biegiem trójka chłopaków. Mam ochotę ich dogonić, ale Marzenie już się chyba nie chce, a ja ich nie zostawię. Byli ze mną cały czas. Dzięki nim ukończyłam ten dystans i mogłam na mecie i następnego dnia podczas dekoracji przeżyć ogromną radość i satysfakcję.

fot: Tomasz Baranowski

Dzięki Marzenko i Leszku. Bez Was moja psyche padłaby gdzieś pod krzakiem razem z mdłym ciałem. Byłam tylko wagonikiem w pociągu. Czułam się jak wielbłąd na pustyni, wprawdzie dość wytrzymały, ale bez swojej karawany wart niewiele. Myślę, ze nie chodzi tu wyłącznie o pomoc w nawigacji. Mam wrażenie, że siłę czerpałam z kontaktu z innymi: jakiś uśmiech, pozdrowienie, czasem słowa uznania, współodczuwanie bólu, wspólny zachwyt nad krajobrazem, rozgwieżdżonym niebem (było niesamowite), leniwą salamandrą w świetle czołówki (jaka cudna), obawą przed napotkanymi dzikami (serio).
Myślę, że urok „Kieratu” polega na tym, że mimo iż nie pozbawiony rywalizacji jest wspólnym przeżyciem wielu ludzi.

Jeszcze raz dziękuję wszystkim napotkanym po drodze za wspaniałe przeżycie.

Ania Dąbkowska (and)

W ekstremalnym maratonie pieszym „Kierat” wystartowało 395 osób, w tym 45 kobiet. Do mety dotarło 197 (4 powyżej limitu 30 h), w tym 15 kobiet. Osiągnięty czas 25 h 40 min dał mi 90-te miejsce w klasyfikacji generalnej i 6-te wśród kobiet.

 
©2008-2009 KB Galeria Warszawa, Powered by Joomla! 1.5
Ask ve Sevgi  - Ask ve Sevgi sitesi - Ask ve sevgi blogu - Ak ve sevgi - ak ve Sevgi sitesi