|
Ach jak ten czas szybko biegnie chciałoby się powiedzieć. Jeszcze pamiętam jak podczas schodzenia do mety podczas zeszłorocznego Kieratu bolały mnie stopy, jak jęczałem do samego siebie jaki to ja jestem nienormalny i że nigdy więcej 100 km a tu znów Hotel „Siwy Brzeg”, znów ci sami ludzie, znów standardowa zalaminowana karta startowa.
Podniecenie jakby mniejsze, no bo to już nie pierwszy raz. 18.00 start, jest dobrze mimo prognoz nie pada. 19.30 droga na PK2, od zachodu widać jak zbliża się spory front, niebo staje się z minuty na minutę bardziej szare, czuć narastającą siłę wiatru, deszcz na tej imprezie gwarantowany, więc i teraz pada. Kto jednak by się przejmował? Burza wg moich obliczeń różnicy prędkości światła i dźwięku jest około 3 km ode mnie, to dobrze bo nie jest fajnie być na szczycie gdy wkoło biją pioruny. PK 2 umieszczony na Łopieniu zdobyty. Ta góra koło Tymbarku, znana z reklamy napojów, nie jest przyjazna dla napieraczy, dziwnie często tam pada, ścieżki raczej się z mapą nie zgadzają, łatwo natknąć się na stromizny.
Przy schodzeniu z Łopienia zapadają ciemności, deszcz przestaje padać a niebo rozgwieżdża się. Noc tym razem prawie bez historii, zdobywam PK 3,4,5,6 i już 37 km jest za mną a jedyne co przeszkadza to rosa. Na PK6 spotykam Anię (and). Około 4 nad ranem przychodzi czas na pierwszy gruby błąd, decyduje się na skróty, schodzę ze szlaku, potem nic mi się nie zgadza z mapą i zamiast skrótu nadrabiam około 4km z czego 3km asfaltem a przede mną „premia górska najwyższej kategorii”. PK 7 umieszczony jest przy Jaskini Zimna Dziura pod szczytem Małego Szczebla. Żałuję, że nie udało mi się dotrzeć w to miejsce po ciemku bo oświetlona zniczami jaskinia mogła być niezapomnianym widokiem. Wracając na trasę przeskakuję jeszcze szczyt Szczebla 976 m n.p.m. czyli pokonuje 600 m przewyższenia na odcinku niecałych 3 km, było jak to mówią kolarze „sztywno”.
Przy schodzeniu ze Szczebla zaczynam zasypiać idąc, trudny to moment więc sięgam po cole, kofeina ratuje mnie ostatecznie przed uśnięciem ale koncentracja zaczyna szwankować i praktycznie nie wraca już do końca imprezy. Niestety tym razem nawigacja w moim wykonaniu pozostawia wiele do życzenia.

fot: MIsiek (pierwszy plan) w drodze na PK1 PK8 półmetek a właściwie 52 km, bufet, na strudzonych wędrowców czeka żurek, kawa i herbata z miodem, woda oraz kanapki. Raj, ale trzeba uważać bo pokusa rezygnacji jest bardzo mocna. Gdy docieram na PK8 Ania już tam jest. Szybko zatem zjadam żurek, wypijam kawkę, uzupełniam zapas wody w bukłaku i w drogę, Do PK9 droga prowadzi zielonym szlakiem ale co z tego jak i tak popełniam błąd, źle interpretuje oznaczenia szlaku i tracę 15 min, dogania mnie ekipa z Anią.
PK 9, 10, 11 proste nawigacyjnie, bez historii (oprócz tego, że piękna okolica i że popełniam jeszcze 2 błędy nawigacyjne, strata pewnie następne 15 min ale nie będę tu nudził). 78 km z głowy. Przede mną najtrudniejszy nawigacyjnie PK12, włączam koncentracje bo czuje już pierwsze oznaki zmęczenia fizycznego i napieranie dodatkowych km jest wysoce niewskazane. Decyduje się na trudny nawigacyjnie wariant z obejściem Mogielnicy najwyższej góry Beskidu Wyspowego, reprezentantki tego pasma w Koronie Gór Polskich. Oczywiście można było łatwiej przez szczyt Mogielnicy szlakiem, ale że szedłem tamtędy w zeszłym roku to wybrałem sobie wariant, który wydawał mi się jako taki, który nie wymaga tyle podchodzenia. Mój wybór nie był najlepszy, podchodzenia było całkiem sporo, droga była dłuższa i trudna nawigacyjnie, dodatkowo słońce wypompowało ze mnie mnóstwo sił. Wielu zawodników wyleciało na tym PK w kosmos i straciło mnóstwo czasu, chęci i nerwów. Gdy już osiągnąłem PK 12 88 km, pomyślałem, że już jestem na mecie i zaczęła się gehenna. Postanowiłem sobie ponapierać do ostatniego PK na azymut przez słopnickie łąki i lasy bo moje stopy już nie chciały asfaltów. Niestety kompletnie się zdekoncentrowałem i w pewnym momencie nie wiedziałem gdzie jestem, nie potrafiłem się odnaleźć co w ogóle nie było potrzebne bo wystarczyło trzymać dalej kierunek i po sprawie. Z opresji wyciągają mnie inni napieracze, którzy decydują za mnie, że idziemy na przełaj na północny-wschód. Dalej już łatwo za nimi docieram na PK13 w szkole w Słopnicach. Ostatnie 5 km to jak zwykle nudny i twardy powrót do Limanowej. Docieram do hotelu po 25 h i 5 min na 82 miejscu na 395 startujących. Słabo (bo można było złamać spokojnie 24 h) ale co tam, najważniejsze, że w dobrym humorze i zdrowiu. Było fajnie.
Po 35 min na metę dociera Ania i zajmuje 6 miejsce wśród kobiet - brawo.
Marcin Miśkiewicz - Misiek |