Designed by:
SiteGround web hosting Joomla Templates


statystyka
Rumi w METRO Group Marathon Düsseldorf - 2009.05.03 Drukuj Email
Wpisany przez Rumi   
wtorek, 19 maja 2009 08:33

Maraton w Düsseldorfie był sponsorowany przez moją korporację, wiec obecność na nim była niemal obowiązkowa i traktowana prestiżowo. Z tego powodu, wyjątkowo, biegłem w barwach mojej firmy, która zasponsorowała mi przejazd i nocleg. Podobno z samej korporacji pobiegło ponad 500 osób (w sztafetach i maratonie). Impreza, jak na niemieckie warunki, wyraźnie kameralna - "tylko" 2900 zawodników w maratonie i ok. 7000 w sztafetach. Ale organizacyjnie stała na najwyższym poziomie, chciałbym, żeby kiedyś taki poziom osiągnął maraton w Warszawie.

Biuro zawodów zorganizowane było w tej samej sali, w której był prowadzony "bazar" biegowy, na którym można było kupić wszystko, co potrzebne biegaczowi, od butów po czapki. Hitem były podkolanówki CEP, które podobno poprawiają krążenie krwi w łydkach (nie wiem, nie testowałem). Udało mi się za to zaopatrzyć w opaskę na rękę z wypisanymi międzyczasami - bardzo fajny patent, który warto by zastosować również w Polsce.

 

Drugiego dnia, gdy szedłem z hotelu na linię startu, widziałem uwijających się wolontariuszy, którzy rozstawiali punkty z wodą i odżywkami, oznaczają trasę, policjantów usuwających samochody, ochroniarzy, którzy stali przy torach, żeby pilnować, czy ktoś nie wchodzi pod pędzący pociąg - stali równo co 50 metrów i nikt się nie przemieszczał, żeby pogadać z sąsiadem, albo zapalić papierosa. Wszyscy wiedzieli, co maja robić, żadnej prowizorki. Na starcie też pełna dyscyplina i to nie tylko wśród organizatorów, ale również pośród biegaczy, każdy stał karnie w swojej strefie startu i nie latał na początek, tylko po to żeby zrobić sobie zdjęcie ze startu.

Sama trasa nie należała do ciężkich, było niewiele podbiegów, nie wiało, nie było słońca - nic tylko biegać. No i jak to jest z maratonem, biegało się dobrze do 35 kilometra, a potem zaczęły się schody. Ale dałem rade w 3:16:52. I tutaj trzeba pochwalić kibiców, którzy byli niemal na całej długości trasy: wystawali przy drodze, siedzieli w pubach przy trasie, wystawiali krzesełka przed dom, a wszystko to po to, żeby moc dopingować biegaczy. Nikt nie narzekał na korki, nikt nie przeklinał biegających, nikt nie krzyczał na policję, wszędzie słyszałem brawa, odgłosy kołatek, widziałem meksykańskie fale, słyszałem pokrzykiwania "go go go go go" i "weiter so!" – kibice mieli naprawdę bogaty repertuar, aż chciało się biegać. Ale to tez specyfika miejsca, ponieważ Düsseldorf jest miastem, w którym w normalne dni więcej jest biegaczy niż spacerowiczów. Tutaj podobno każdy uprawia jakiś sport, a biegaczy jest najwięcej. Ci, którzy tutaj mieszkają, mówią, że w dniu powszednim można odnieść wrażenie, że właśnie odbywają się jakieś zawody, bo wszędzie ktoś biega.

Na mecie też niemiecka precyzja: dają medal i popychają dalej. Jak się wyjdzie z jednej strefy, to nie ma powrotu. Nie i koniec! Porządek ma być. Na nic narzekania, że chce się wrócić i pokibicować koledze, na nic tłumaczenia, że tylko po kubek wody. Wyszedłeś, nie wracasz! Taki jest regulamin (to prawda, dokładnie taki zapis mają w regulaminie) i nie ma żadnych odstępstw. Denerwujące, ale zrozumiale. A w miasteczku biegowym zorganizowanym na mecie pełny wypas: piwo, cola, bułki, banany, zupki, izotoniki, koszulki, prysznice, masaże. Wszystko, czego trzeba.

Później, po biegu, poszedłem na imprezę dla pracowników, gdzie czekał mnie ciąg dalszy atrakcji, niestety niedostępny dla wszystkich biegaczy, w tym uścisk ręki prezesa. Gdy tak szedłem sobie na tę imprezę, to widziałem ostatniego biegacza, za którym jechał autobus i zbierał tych, którzy nie dali rady. Ten ostatni biegacz to był prawdziwy bohater tej imprezy. Biłem mu brawo i pokrzykiwałem, żeby się nie poddawał. Mam nadzieje, że dał radę i ukończył bieg. A za końcowym autobusem jechały polewaczki i śmieciarki i robiły porządek na trasie, błyskawicznie. Wolontariusze zbierali punkty z woda i zamiatali chodniki, tak, że po dwudziestu minutach nie było śladu maratonu. Perfekcja.

Na drugi dzień jadłem śniadanie razem z Kenijczykami, którzy wygrali zawody. Zwycięzca, który zrobił 2:10:46, nie wyglądał na zmęczonego. Chłopaki normalnie śmiali się i szukali swoich zdjęć w gazetach, jakby nie przebiegli żadnego maratonu, A ja kuśtykałem jakbym chodził na szczudłach. Cóż począć?

Na koniec najważniejsze, bo jest jeszcze jeden powód, dla którego warto było pobiec w tym maratonie i chyba jest to najważniejszy powód: poznałem tam fantastycznych ludzi – małżeństwo pracujących tam Polaków, którzy również biegli w tym maratonie. Zaopiekowali się mną, jakbym był członkiem rodziny: oprowadzili mnie po mieście, poszli ze mną odebrać numery startowe, nakarmili mnie, zaprowadzili na imprezę po biegu, a nawet zrobili mi kanapki na powrót do Polski. Coś niesamowitego. Dzięki nim zapamiętam ten bieg do końca życia. Warto biegać, żeby poznawać takich ludzi. Wzruszające. Biegacze są niesamowici.

 

Rumi

 
©2008-2009 KB Galeria Warszawa, Powered by Joomla! 1.5
Ask ve Sevgi  - Ask ve Sevgi sitesi - Ask ve sevgi blogu - Aþk ve sevgi - aþk ve Sevgi sitesi