|
Maraton w Paryżu był dla mnie już piątym z kolei maratonem. Do czasu tego paryskiego biegu nie udało mi się przekroczyć bariery 4 godzin. W Paryżu przełamałam barierę czasową. Pewnie jest to jeden z powodów tego, że tak miło wspominam ten maraton. A powodów było kilka...
Zaczynając od początku - do Paryża wybrałam się z całą rodziną już 2 kwietnia czyli na kilka dni przed biegiem. Mogliśmy spokojnie odebrać klucze z agencji Interhome, która zajmuje się wynajmem mieszkań. Nasze mieszkanie było na 6 piętrze, z balkonu widzieliśmy dachy innych domów i w oddali więżę Eiffla. Następnego dnia w piątek wybraliśmy się do siedziby mojej firmy w Paryżu, gdzie spotkaliśmy się z 2 kolegami z oddziału, z którymi w niedzielę miałam pobiec w tej samej strefie czasowej 3:45. Udaliśmy się z nimi na targi, gdzie sprawnie odebrałam swój numer startowy z wydrukowanym imieniem uczestnika, koszulkę okolicznościową i oddalam zaświadczenie lekarskie, na które nikt nie zwracał dokładnie uwagi przystawiając pieczątkę. Na targach oprócz stoisk z odzieżą sportową odwiedziliśmy reklamujące się przedstawicielstwa maratonów z całego świata w tym ten z Chicago i nietuzinkowy maraton winny w Ville Franche. Reklamujący ten bieg na targach pojawili się na 35 km częstując nas winem podczas maratonu. Po posiłku wybraliśmy się do katedry Notce Dame oraz z zewnątrz obejrzeliśmy budynek Muzeum Luwr z charakterystyczną piramidą, która powstała niedawno. Tam tez spotkałam Polaków, którzy przybyli na maraton z Kołobrzegu. Potem był jeszcze spacer w kierunku Łuku Triumfalnego, z którego w niedzielę miałam startować.
Sobota minęła nam również na zwiedzaniu i chodzeniu. Rano udaliśmy się po schodach dochodzących do 250 m na wieżę Eifla. Widok był imponujący i wart wysiłku, ale to wejście na schody poczułam po 35 km następnego dnia. Potem metrem udaliśmy się na stację o znanej nazwie plac Pigalle zwiedzając dzielnicę artystów Monmarte i piękną katedrę Sacre Coeur. Na naszych ścieżkach nie zabrakło również słynnego kabaretu Moulin Rouge. Cała dzielnica bardzo nam się podobała, szczególnie kawiarnie, które grały w filmie Amelia.
No i nadszedł dzień startu. Maraton zaczynał się o godz. 9.45, więc już po 7 opuściłam sama mieszkanie udając się metrem na plac Gwiazdy. Umówiłam się z moim kolegami z firmy przy szatni, gdyż mieliśmy zbliżone numery. Obydwaj się spóźnili i w ostatniej chwili dołączyliśmy do naszego sektora przepychając się wśród uczestników, których według informacji miało być około 40 tys. Wystartowałam z Pascalem, dla którego był to 2 maraton. Poprzedni biegł 20 lat temu. Eryk wystartował sam, chcąc uzyskać czas w okolicach tego z sektora czyli 3:45. Moje ambitne plany na zbliżenie się do tego wyniku rozpłynęły się w paryskiej mgle jak powiedział trener Darek Sidor. Uprzedził mnie, że nie jestem przygotowana na taki wynik, ale jestem w stanie złamać 4 godziny. Miałam mało treningów w okresie od stycznia do marca, przerywanych zapaleniem oskrzeli i licznymi wyjazdami, po których musiałam dostosować się do polskiego klimatu. Moje wyniki kilometrowe nie były imponujące w styczniu i lutym ponad 100 km, jedynie w marcu więcej niż 200 km. Udało mi się jednak perfekcyjnie opanować tempo, w którym mam biec na 1 km tj. 5.30/km. Prawie nie patrząc na zegarek biegłam właśnie tym tempem. Na to też liczył Pascal przyłączając się do mnie. Wiedział, ze nie będę biegła szybko na początku, bo opowiedziałam mu o swoich doświadczeniach z Amsterdam z pacemakerami. Ja z a to liczyłam na jego towarzystwo, bo wiadomo we dwoje raźniej. Pierwsze kilometry były wręcz idyllą przerwaną na 6 km, gdzie za napojami zrobił się zator i straciliśmy 1 minutę stojąc w miejscu. Po drodze wiwatujący ludzie i piękne budynki – plac de la Concorde, katedra Notre Dame aż do 25 km. Na tym kilometrze miał do mnie dołączyć mąż ,żeby mnie wesprzeć w trudniejszej części maratonu. Już zbiegamy do tunelu a jego nie ma. I niestety nie zauważył mnie w tłumie biegnąc jak się potem okazało. Do 30 km pokonałam 3 tunele jeszcze z Pascalem, co było dla mnie nie lada wyzwaniem, gdyż tego obawiałam się najbardziej. Od 30 km zauważyłam, że Pascal wyraźnie słabnie ostatecznie zostawiając mnie na 32 km i udając się w kierunku toalety.
Uprzedziłam go przed maratonem, że nie popełnię tego samego błędu co w Amsterdamie i nie stracę 2 minut na toaletę. Tak więc z ostatnimi 10 km zmierzyłam się sama. Nie skorzystałam z poczęstunku winnego na 35 km, za to omyłkowo wypiłam na 38 km alkohol przypominający herbatę, który stał obok ciasta. Nie powiem, żebym czuła się po nim dobrze. Dodatkowo odezwały się schody wieży Eiffla w przenośni z dnia poprzedzającego i tylko dobiegające od ludzi stojących "allez Justina" zmuszały mnie do dalszego biegu. Nie wiem jakie siły znalazłam w obie, żeby przyspieszyć na ostatnim kilometrze. Chyba niosła mnie już wiara tych wszystkich, którzy trzymali kciuki za złamanie 4 godzin. W końcu dobiegłam osiągając czas 3: 57: 43. Szczęśliwa dotarłam do domu w płaszczyku podarowanym zaraz na finiszu. Okazało się, że mój mąż dołączył na 23 km i przebiegł sam do końca, nie odmawiając sobie korzystania z win i smakołyków umieszczonych na trasie maratonu. W ramach fety pomaratońskiej, aby też moja rodzina też była zadowolona, udaliśmy się na mecz piłkarskich Paris Saint-Germain kontra Nicea. W poniedziałek za to odwiedziłyśmy oczywiście sklepy, z których słynie Paryż oraz cmentarz, na którym jest pochowany Chopin.
Reasumując widać, że wyciągnęłam wnioski z popełnionych błędów w Amsterdamie. Pewnie wynik byłby lepszy, gdyby wcześniej nie chodziła i nie zwiedzała i gdybym nie była kobietą. Ale niczego nie żałuję jak śpiewała "Je ne regrette rien" słynna Edith Piaf a tym bardziej tego wszystkiego co zobaczyłam w Paryżu.
A oto moje oficjalne wyniki: | split | time | | 5 km | 00:27:44 | | 10 km | 00:56:23 | | 15 km | 01:23:47 | | 21.1 km | 01:56:52 | | 25 km | 02:18:37 | | 30 km | 02:46:43 | | 35 km | 03:15:25 | | total | | place (M/W) | 965 | | place (brutto) | 13762 | | place (net) | 13478 | | place (ag) | 456 | | time total (netto) | 03:57:43 | | time total (brutto) | 04:05:22 | Dżastin
|