|
Respekt dla natury
Zaczęło się ekstremalnie już w drodze do Lublińca - Kokotka - miejsca zawodów. Gdy jechaliśmy sobie spokojnie autem do celu (wraz z maratończykiem Krzysztofem z Torunia i jego rodziną, którzy podwieźli nas - mnie i Pierwszegogala), nagle za Częstochową, a niewiele kilometrów przed Lublińcem znaleźliśmy się w samym centrum trąby powietrznej. Naocznie zaobserwowaliśmy efekty burzy, gradu, wichury i błyskawic z piorunami. Z biegiem czasu, po paru godzinach poznaliśmy przez internet przerażające skutki tornada. Byliśmy tak blisko. Wtedy to mi uzmysłowiło jaką moc mają siły przyrody, jak człowiek jest bezradny i zależny od tego, jaki wpływ wywiera na nas natura. To była mocna zapowiedź tego co nas czekało nazajutrz.
Wszystko jest tutaj - w głowie
To słowa, jakie stały się dla mnie mottem tego "biegu" i trzymały mnie od początku do końca. Słowa, jakie utkwiły mi z szeregu wypowiedzi Krzysztofa. Ranek 16.08.2008r. - dzień biegu, deszcz lekko ponad 10 stopni C. Start dwóch reprezentantów Galerii zaplanowano na godzinę 12 (Wojtek - Pierwszygal i Ania MC). Dobrze, że właśnie o tej porze wyruszyliśmy, gdyż po pierwsze nie znaliśmy wrażeń startujących w pierwszym biegu eliminacyjnym o godz. 11, po drugie warunki terenowe jeszcze nie były tak bardzo ukształtowane przez katorżników. Trasa, zgodnie z zapewnieniem organizatorów była ekstremalna, a wiodła przez jezioro o nieregularnym dnie, przy wysokości wody - miejscami ok. 160 cm, dalej przez rowy melioracyjne, trzęsawisko, zalane podlery, w dodatku na trasie rozlokowanych było kilka przeszkód terenowych (typu "dwururka" - betonowe dwie rury długości ok. 4m, przez jedną z nich na kuckach można było przejść; przejścia pod mostkami, przejścia przez płotek metalowy, sforsowanie przeszkody w postaci mostku murowanego ). W sumie ok. 7 kilometrów pełne niespodzianek. Początek trasy: w tłumie około 200 osób wskoczyliśmy do jeziora cieplejszego niż temperatura powietrza tego deszczowego przedpołudnia. Pierwsza faza to szybkie przejście przez jezioro, wydostanie się z jeziora na ląd - krótki odcinek biegu, i zeskok do jeziora. I tak chyba ze trzy razy. Dalej długie przejście przez środek jeziora, gdzie trzeba było szybko się odbijać od dna, tak aby nie ugrząźć w mule, można tez było płynąć. Po zbliżeniu do brzegu, kolejny etap - przejście wśród trzcin, wąskimi korytarzami, które rozszerzały się, a wtedy można było płynąć bądź też wyprzedzać. Po pobytach w ciepłym jeziorze, wskakiwaliśmy wielokrotnie do zimnej czarnej wody. Tam, w niespodziewanych miejscach na dnie znajdowały się duże korzenie, były kłody. Ja nie miałam problemów ze zmienną temperaturą, a wręcz wskakiwanie do zimnego bardzo mi się podobało. Może to efekt zahartowania oraz przygotowań koncentrujących się na wytrzymałości, a może struktura ciała. Jednak, co było znaczące, dużo ludzi miało z tym kłopoty, wielu doznało szoku termicznego. Pierwszy Gal przyznał, że nie było mu z tym fragmentem łatwo, ale przezwyciężył źle odczuwane zmiany temperatury. Podczas przeprawy przez zimne rowy melioracyjne zaczęły się tworzyć małe grupki razem przedzierających się, pomagających sobie ludzi - najgorzej było być pierwszym. Miałam wiele takich epizodów, typu: moja grupka mi uciekła i zostałam sama, doszli mnie następni i przez chwile razem szliśmy.

Pierwsza osoba zazwyczaj mówiła na co się nadziała, dzięki czemu dalsi wiedzieli mniej więcej czego mogą się spodziewać. Jednak każde odstępstwo od szlaku, na którym ta przeszkoda była, nawet na 10 cm, oznaczało, że napotykało się na inne otoczenie pod wodą. Specjalnie nie szarżowałam, szłam ostrożnie, ciesząc się z każdej chwili spędzonej w błocie. To były takie momenty, kiedy wypowiada się słowa Fausta "chwilo, trwaj, jesteś piękna" (J.W.von Goethe). A dalej, po płynnej czarnej mazi nastąpił zaskakujący fragment biegu wśród ostrych traw, krzewów oraz piękny widok "lasu paproci". Potem już bagna, błotne tereny, gdzie trzeba było wykazać się sprytem i pomagać sobie silnymi rękami łapiąc za drzewa znajdujące się na granicach wytyczonego szlaku. Fragment, którego po obejrzeniu fotek z 2007 roku, tak się obawiałam - wspinanie na murek i przejście przez poręcze poszedł jako tako, ale ze zdobyciem małej rany uderzeniowej prawej piszczeli. Spojrzałam wtedy na to, zobaczyłam krew, ale jednocześnie nic więcej - żadnej kości, a że mogłam iść , więc poszłam dalej. Dalej to już bagna, las, jezioro, las, bagna, normalna droga leśna pod górkę, stary budynek, przed nim płotek do zaatakowania - przeskoczenia. Budynek ten wyglądał jakby po jakimś wybuchu nuklearnym - pusty, zapach prochu, wąskie korytarze, umywalki i kible bez armatury, schody, pełno śladów brudu, odciski dłoni na ścianach. Brak mi tylko było jakiś efektów świetlnych i dźwiękowych, typu strzały, kroki czy okrzyki. Ale od czego jest wyobraźnia... Potem z budynku do pomostu i na metę. Trudno spamiętać dokładnie ilość i rodzaj konkretnych przeszkód. Ale to nie ma znaczenia, bo co rok się zmieniają. Jak stwierdził Miodzio, a także inni doświadczeni Katorżnicy trasa była trudniejsza niż w roku ubiegłym. Na pomoście jeszcze miałam okazję wyprzedzić jedną Katorżniczkę. Meta, zawieszenie podkowy, aż mnie w dół pociągnęło, otrzymałam też specjalną nagrodę dla Katorżniczek: maskotkę - szympansa z wielkim sercem. Potem, jak każdy, parę słów do mikrofonu, opłukanie w jeziorze, spłukiwanie z brudu pod prysznicami, bezskuteczne, bo ciągle miałam czarną maź na twarzy. Zrzucenie z siebie rzeczy na kupkę podobnie brudnych ubrań. A zapach błota pozostał... może zniknie.

Po biegu - po walce
Podsumowując, w dniach 16 i 17 sierpnia 2008r. w Biegu Katorżnika startowali Galernicy, o godz. 12: Anna M. Chmielowiec nr startowy 296 - czas 1:55:06, Wojciech Michalik nr start. 308 - czas 2:36:43, a o godz. 13 w wyścigu Galernik Team reprezentujący 10 WPSam Mariusz Mioduszewski nr start. 437 - czas: 1:25:40, który w finale 17.08. 2008r. dotarł w czasie: 1:24:20 (finał poprowadzono jednak inna trasą).

Byłam już czwartą Galerniczką w ogóle , która ukończyła Katorżnika, Wojtek był piątym, przed nami byli Miodzio (wprawdzie reprezentujący na czas biegu inne barwy), Misiek i JanG. No cóż, pora na następnych. To bieg do którego trzeba się trochę inaczej przygotować - tu nie liczy się szybkość, ale determinacja, siła psychiki oraz sprawność - zwinność i spryt w radzeniu sobie z przeszkodami w terenie. Wielkie plusy tego biegu: test determinacji, test wytrzymałości psychicznej oraz fizycznej organizmu (odporność na zmiany temperatur, na uderzenia, drobne rany), poznanie ludzkich zachowań podczas ekstremalnych sytuacji, dostępność biegu od strony finansowej, pobyt wśród "normalnych-zwariowanych" ludzi, zdobycie wyjątkowej podkowy o wadze wg niektórych 4kg oraz korzystna cenowo oferta kąpieli błotnych.
Kto z pozostałych zechce wziąć udział ? Ja już wiem że tak, od zimy - wczesnej wiosny 2009 będę zdobywać przeszkody w urozmaiconym terenie.
Po prostu nie zostałam nasycona tylko udziałem w biegu eliminacyjnym. Zazdrościłam trochę Katorżnikom biorącym udział w finale. Jednak nie byłam na tyle mentalnie przygotowana na finał, by w nim wziąć udział. Pozostaje odliczać czas do V Biegu Katorżnika 2009.
Anna M. Chmielowiec (ania mc)
|