Designed by:
SiteGround web hosting Joomla Templates


statystyka
"Kilian’s Classik - niesamowite cztery dni" - relacja z Pirenejów Drukuj Email
Wpisany przez jang   
wtorek, 16 sierpnia 2011 22:53

W środę 29 czerwca 2011 r. dotarłem do Font-Romeu we francuskich Pirenejach. Jest tu organizowany przez Salomona cykl zawodów Kilian’s Classik z udziałem najwybitniejszych biegaczy górskich świata, oczywiście tych startujących w teamie Salomona. Najznamienitszym z nich jest słynny Katalończyk Kilian Jornet Burgada, gospodarz imprezy, dwukrotny zwycięzca UTMB. Font-Romeu to jego miasto. Zawodom towarzyszył zjazd członków międzynarodowego teamu biegaczy trailowych Salomona.

Poza zawodnikami teamu, i oczywiście pracownikami Salomona, są tu też goście - trzyosobowe ekipy z kilkunastu krajów świata, także tych dalszych - Kanady, USA, Nowej Zelandii, Australii i oczywiście większość z Europy. W ich skład wchodzą także sportowcy związani z Salomonem i dziennikarze z branży biegowej. Ja trafiłem tu jako zwycięzca konkursu na tekst sławiący bieganie trailowe, ogłoszonego przez polskich dystrybutorów tego brandu. Pozostali uczestnicy ekipy z Polski to Piotr Kosmala, mocny adventure racer, oraz Marek Dudziński, redaktor naczelny polskiej edycji magazynu Runner’s World.



W środę była długa podróż - lot z Warszawy do Barcelony przez Monachium, a potem jazda do Francji samochodem prowadzonym przez Alexię, pochodzącą z Grecji pracownicę Salomona. A w czwartek rano kilkudziesięcioosobowa ekipa, praktycznie wszyscy uczestnicy zjazdu, ruszyli w góry na coś w rodzaju treningu. Samo Font-Romeu, a właściwie kemping Huttopia, będący bazą imprezy, położony jest na wysokości prawie 1800 m n.p.m. My dojechaliśmy autokarem na 2000 i ruszyliśmy bardzo malowniczą trasą wzdłuż brzegu sporego jeziora Lac des Bouillouses. 

Przedzieramy się wśród licznych wolno pozostawionych koni, krów o jasnej sierści z dzwonkami na szyjach i mułów. Wyglądamy jak aniołki, gdyż poprzedniego wieczora wszystkich wyekwipowano w sprzęt Salomona, w tym w białe stroje kompresyjne z zastosowaniem technologii exo. Poprzedziły to pomiary obwodów rożnych części ciała, dokonane przez Sophie i Serge’a z zespołu projektowego Salomona. Serge Chapuis, szef tego zespołu, to wyjątkowo serdeczny i kontaktowy, powszechnie lubiany, uśmiechnięty facet. 

Większość biegaczy ma na sobie rewelacyjne plecaki-camelbacki, zaprojektowane z udziałem Kiliana, bardziej przypominające ciasno opięte na tułowiu kamizelki. Dziś wypróbowałem ten plecak i to naprawdę świetny sprzęt. Oczywiście wiekszość uczestników biegowej wycieczki ma też na nogach buty Salomona, ale są dwa wyjątki. Ja mam na nogach cascadie 6, a Hiszpan Sergio cascadie 5. Ale obaj jesteśmy zgodni, że na skaliste górskie szlaki cascadie są trochę za miękkie, mimo że w nizinnym trailu są doskonałe.

Dość forsownym biegiem wspinamy się wśród skał do polany, gdzie następuje podział na dwie grupy. Mocniejsza ma w planach dwugodzinny bieg na 2600 m n.p.m., słabsza w ciągu godziny dotrze na 2450. Należę do tej drugiej, ale i tak było hardcorowe podejście po dość sypkim i bardzo stromym piargu. Za to pogoda super - słonecznie, ale nie upalnie. A na górze dość wietrznie.

Godzinka popasu na słonecznej, najeżonej ostrymi skałami grani, w oczekiwaniu na mocniejszą grupę. Ta w końcu dociera do nas, na bardzo stromej końcówce jak dwie kozice ścigają się Kilian z Gregiem (Gregory Vollet z Salomona jest jednym z głównych organizatorów zjazdu). Kilian wygrywa w ostatnich sekundach, Greg wydaje z siebie okrzyk zawodu. Potem truchtamy po stosunkowo łatwym terenie przez pół godzinki do kolejnego malowniczego jeziorka, gdzie czeka na nas posiłek. Wielgachny plecak z prowiantem przytaszczyła tu świetna nowozelandzka biegaczka Anna Frost, której kontuzja nie pozwoliła na wzięcie udziału w dzisiejszym biegu. Tym razem sjesta trwa ze dwie godziny. Nad nami fruwa minihelikopter-kamera, filmuje. Kolejny podział na trzy grupy. Pierwsza spacerem schodzi w dół, druga (moja) zbiega pięciokilometrową trasą wśród licznych niewielkich jezior. Trasa trudna technicznie, skalista, ale malownicza. Harpagany z teamu Salomona to trzecia grupa, ci jeszcze dadzą czadu po górach i wrócą sami, nie korzystając z autokaru.

Pireneje, a właściwie ich wschodnia cześć, w której jesteśmy, przypomina trochę najwyższe partie polskich Tatr Zachodnich. Wierzchołki trawiasto-skaliste, nie ma tutaj kosodrzewiny, zamiast niej są liczne krzaki obsypane różowymi kwiatami. Ale zapach skał jest ten sam, lubię go.


Piątek (1 lipca 2011 r.) zaczęliśmy znów treningiem powyżej 2000 m n.p.m. Ale był on wyjątkowy, bo spotkaliśmy na nim (zupełnie nieprzypadkowo zresztą) królową światowego maratonu, Paulę Radcliffe. Ustanowiony przez nią w londyńskim maratonie w 2003 r. wynik 2:15:25 do tej pory jest kobiecym rekordem świata. Paula mieszka z rodziną kilka kilometrów stąd. Na plateau, czyli stosunkowo równym płaskowyżu powyżej Font-Romeu, robi sobie jak zwykle poranny trening. Ale zgodziła się zacząć go w towarzystwie naszej grupy. Przed spotkaniem Greg napomina nas, żebyśmy nie byli dla Pauli zbyt uciążliwi, nie zagadywali indywidualnie i nie napraszali się na wspólne zdjęcia.

Paula Radcliffe i Kilian Kilian Jornet fot. Piotr Kosmala

Paula jest miła i uśmiechnięta, ma na sobie fioletową koszulkę i luźne spodenki w tym samym kolorze. Rzuca kilka zdań, mówi że jest dziś trochę zmęczona, bo miała sporo zajęć. Ruszamy dość ostro pod górę, wzdłuż wyciągu narciarskiego. Aparaty fotograficzne i kamery rozgrzane do czerwoności. Strome zbocze robi szybko selekcję, nie wszyscy nadążają, także do nich należę. Łapiemy jakieś 100 m w pionie, po czym robi się równiej. Trochę podmokłej trawy, a potem porośnięte karłowatymi sosnami rozległe plateau. Nadganiamy i zatrzymujemy się pod samotną skałą.

Paula chętnie udziela wywiadów kilku dziennikarzom, pozuje do zdjęć. Zapytana, czy woli bieganie po twardej nawierzchni czy terenowe, odpowiada zdecydowanie, że woli trail. Razem z Kilianem truchtają w malowniczym otoczeniu przed obiektywami. Napominania Grega nie zdają się na wiele, prawie każdy chce zamienić choć kilka zdań i załapać się na fotkę. Wreszcie królowa maratonu żegna się z nami i znika powoli między rozrzuconymi na hali sosenkami. Oczywiście swoim charakterystycznym, skocznym, szarpanym krokiem.

Za to na ścieżce tuż obok nas śmiga czarnoskóry biegacz w zielonożółtej odblaskowej koszulce. Stojący obok mnie Szkot z teamu Salomona, Tom Owens, mówi, że to Mo Farah, pochodzący z Somalii obywatel brytyjski. Na Mistrzostwach Europy w Barcelonie w 2010 r. wygrał na dystansach 5 i 10 km, a w tym roku w Paryżu został halowym mistrzem Europy na dystansie 3000 m. Jest też tegorocznym halowym rekordzistą Europy na dystansie 5 km (13:10) i rekordzistą Europy na 10 km (26:46). I nie jest to jedyny czarnoskóry szybkobiegacz, jakiego dziś tu spotykamy. Wielki biegowy świat miga nam wśród sosenek na tym pirenejskim pustkowiu.

Na parkingu na dole jeszcze raz spotykamy Paulę, kończącą trening. Widać, że już się trochę śpieszy, ale jeszcze ktoś się załapał na wywiad. A ja cykam zdjęcie królowej maratonu i grupce Hiszpanów podanym mi aparatem. Chwilę później Paula wsiada do samochodu i odjeżdża.

Spotkanie z Paulą Radcliffe fot. Piotr Kosmala

W sobotę (2 lipca 2011 r.) odbyły się dwa wyścigi, jako uwertura do niedzielnych biegów długodystansowych Killian’s Classik. Oba rozegrane na tej samej trasie ok. 6500 m w poziomie i ok. 425 m w pionie. Pierwszy był z dołu do góry (montée), z centrum Font-Romeu (1750 m n.p.m.) na szczyt ponad plateau treningowym Pauli Radcliffe (2125 m n.p.m.). Wypuszczali nas na trasę co minutę, po pięciu zawodników, ja znalazłem się w pierwszej grupie. Nie biegłem na maksa, miałem czas 52:10, co dało mi 77 miejsce na 92 kończących bieg. Mocni tu są górale... Najgorsza była bardzo stroma końcówka, na której na dystansie mniej więcej pół kilometra trzeba było zyskać w pionie jakieś 170 m. Tu nie było biegu, tylko wspinaczka, za to wśród wspaniałego dopingu i licznych fotografów. Miałem na sobie czerwony kapelusz z napisem "Polska", żółtą galeryjną koszulkę z orłem i pomarańczowy ergobuff. Wyglądałem trochę jak kowboj, co wzbudzało ogólny aplauz. Bieg wygrał Tom Owens (31:21), a wśród kobiet najlepsza była Anna Frost (37:58).

Na szczycie sobotniego biegu w górę. Fot. Nikos Polias

Potem było kilka godzin sjesty na parkingu pod szczytem, z posiłkiem i dziecięcą imprezą biegową. Kilian oczywiście biegał razem z dzieciakami, robił to z wyraźną przyjemnością, a pół teamu Salomona zasuwało razem z nim. Angażowała się  zwłaszcza bardzo żywiołowa Rosjanka z Petersburga, Żanna Wokujewa.

Jeden z wyścigów wygrała mniej więcej dwunastoletnia ruda zawodniczka z biało-czerwoną czapką na głowie z napisem "Polska". Jak już pogadała z Kilianem, to zagadałem do niej po polsku, potem po angielsku, wskazując na czapkę. Odpowiedziała coś po francusku, ale nie zrozumiałem. Nie dogadaliśmy się. Kilka minut później był wyścig zwycięzców wcześniejszych biegów, ruda dwunastolatka bardzo zasapana i zapłakana dotarła do mety jako ostatnia, nie zdążyła odpocząć po wcześniejszej rywalizacji. Ale ktoś z naszej ekipy od razu zaczął ją pocieszać.

O 16.00 ruszyliśmy do wyścigu również w pięcioosobowych grupach, wypuszczanych co minutę w dół (déscente). Pierwszy zbieg był szaleńczy, w 4 minuty strata 170 m w pionie. Potem już równiej przez lasy, łąki i pola golfowe, ale cały czas w dół, z wyjątkiem jednego, mniej więcej minutowego stromego podejścia. Taki zbieg daje niesamowite wrażenia, nigdy nie uczestniczyłem w czymś takim. Fajnie, chociaż moje czworogłowe ledwo nadążają z amortyzowaniem zeskoków, czuję je. Na jednym z zakrętów stoi dwunastolatka z Polską na czapce, teraz się uśmiecha i pokazuje palcem czapkę, a potem wskazuje kierunek biegu. Docieram do mety w Font-Romeu w czasie 29:03, co daje mi 53 lokatę na 78 kończących. Bieg wygrał Dimitris Theodorakakos (18:30), a najlepsza wśród kobiet była Żanna Wokujewa (23:31).

Od lewej Piotr Kosmala, Marek Dudziński, Kilian Jornet, Jan Goleń

Na kolacji Greg informuje, że autobus do Barcelony odjeżdża jutro o 15.00. A start do biegu na 45 km, do którego się zgłosiłem, jest o 8.00. Czyli na pokonanie trasy mam 7 godzin, tyle mniej więcej sobie zaplanowałem. Jak się spóźnię, to będę musiał sobie sam transport organizować. Najrozsądniej byłoby przepisać się na 25 km, tak jak chce to zrobić Szwedka Camilla. Ale ona musi odlecieć z Barcelony w niedzielę po 19.00, a ja i Marek mamy samolot do Monachium dopiero w poniedziałek po 6.00 rano. Chcę zaryzykować i pobiec jednak 45 km, nie lubię rezygnować z planów startowych. Trochę czuję po dzisiejszych i wcześniejszych górskich trailach prawe kolano. Rano ostatecznie zdecyduję, na jakim dystansie pobiegnę. Ech...

W nocy z soboty na niedzielę biję się z myślami. Na wczesne niedzielne popołudnie zapowiadają burzę. Przy tak trudnym, skalistym terenie trudno będzie się wyrobić w siedmiu godzinach. W dodatku za tydzień biegnę w Maratonie Gór Stołowych. Autobus nie poczeka, bo kilku uczestników spotkania musi odlecieć z Barcelony w niedzielę po 19.00. W końcu jestem tu gościem, nie mogę komplikować logistyki obejmującej setkę ludzi i kontynent. W grupie składającej się w większości z wyczynowców, jestem jednym z nielicznych maruderów. Wszystko mówi – odpuść. Marek i Piotrek też tak radzą.

W sobotni wieczór jak zwykle zbiera się kilkanaście osób w kempingowej kawiarence ze strefą vi-fi i siedzi nad laptopami. Na pożyczonym od Marka sprzęcie wrzucam kolejną relację do bloga. Kończąc, napotykam wzrok Grega. Milczy, nie musi nic mówić. Wiem. Wreszcie mówi, że gdybym biegł 45 km i wiedział, że nie dotrę do mety przed 15.00, to mam szukać na trasie ludzi z Salomona, a oni już mnie na czas dowiozą samochodem do autobusu. A gdybym chciał się przepisać na 25 km, to mam to zrobić w biurze zawodów rano do 7.30.

Budzimy się przed szóstą i idziemy na śniadanie. Jest we francuskim stylu, na słodko, nie do końca mi to pasuje. Słońce jeszcze nie wzeszło, jeden z kamerzystów ekipy szykuje się do filmowania tego zjawiska. Jesteśmy na zachodnich peryferiach strefy czasu środkowoeuropejskiego - późne wschody, późne zachody. Niebo zasnute częściowo chmurami przypomina o zapowiadanej burzy.

Już się zdecydowałem, po śniadaniu zgłaszam Gregowi zmianę dystansu na krótszy. Idę do centrum Font-Romeu, gdzie jest biuro zawodów, z numerem startowym i chipem. Organizatorzy robią wrażenie, jakby na mnie czekali. Zostawiają mi chip i czerwony numer startowy (ci na 25 km mieli czarne), dopisują mnie tylko do listy na 25 km.

Wracam na kemping, pakujemy się i zwalniamy fajne drewniane domki kempingowe, w których mieszkaliśmy od środy. W każdym zakwaterowana była ekipa z innego kraju, a przed wejściem na wysokim maszcie powiewała stosowna flaga. Zupełnie jak na olimpiadzie. Zrzucamy toboły przy recepcji i idziemy na start. Uczestnicy biegu na 45 km ruszyli o 8.00, my zrobimy to godzinę później.

Na dystansie 25 km startuje ponad 300 osób, w większości lokalnych biegaczy. Sporo kobiet, na oko jedna trzecia. U większości zawodników łydki są zakryte kompresyjnymi podkolanówkami lub sleevami (uciskającymi rękawami, a może raczej nogawami, pomiędzy kostką a kolanem). Ponad połowa z nich srebrzy się heksagonalną siateczką exo Salomona, ze spodenkami jest podobnie. U większości biegaczy są czarne, tylko nasze białe. Buty też różne, ale tu także dominują trailówki Salomona.

Wchodzimy po kolei do wygrodzonej płotkami strefy startowej, a organizatorka przytyka do naszych chipów elektroniczne urządzenie. Piiiik... - coś mi to przypomina. Ostania fotka trzyosobowej polskiej ekipy i w pulsacji „Rydwanów ognia” Vangelisa (kocham ten kawałek) ruszamy asfaltem po lekkiej pochyłości w górę. Mijamy bramę naszego kempingu Huttopia i skręcamy w lewo. Asfalt się kończy, zaczyna się trail.

Wśród lasów i pól golfowych powoli nabieramy wysokości. Drzewa maleją, rzedną. Podmokła łąka, trzeba uważać przeskakując z kępy traw na kolejną kępę, bo między nimi są ukryte zdradliwe, podmokłe dziury. Wreszcie docieramy do znanego już nam ze spotkania z Paulą parkingu. Słychać muzykę, jest tu namiot z jedzonkiem i piciem. Obsługuje go m.in. szatynka, która przedwczoraj mnie i Marka oprowadzała po doświadczalnej stacji słonecznej w pobliskim Odeillo. A wczoraj brała udział w popołudniowym zbiegu, w grupie przebranych w pasiaste spódniczki pań (Kiliana też ubrały w taką spódniczkę) i na mecie z grupą mieszkańców Font-Romeu grała na wielkich metalowych beczkach jak na perkusji. W ogóle widać spore zaangażowanie miejscowej ludności w organizację Kilian’s Classik, co i rusz natykamy się na tych samych ludzi.

Znowu trafiamy na strome podejście wzdłuż wyciągu narciarskiego. Tylko pogoda jest inna niż wczoraj, wtedy było słonecznie, dziś pochmurno. Docieramy do szczytu i zbiegamy stromą nartostradą po drugiej stronie zbocza. Marek, którego niedawno dogoniłem, teraz ucieka mi wielkimi susami w dół. Ja drobię kroki, ledwo utrzymuję  równowagę na bardziej stromych kawałkach.

Później jest stosunkowo płaski odcinek, lekko tylko nachylony w górę. Na jego końcu usytuowano punkt kontrolny, przytykam chip do czytnika i słyszę całkiem znajome piiiiik. Roland Romanik, dziennikarz z austriackiej ekipy, który dziś nie biegnie, robi mi kilka zdjęć. Później zaczyna się kolejna wspinaczka. Znowu mijam Marka.

Teraz jest bardzo fajny, choć kamienisty, dość wysoko położony odcinek. Równie liczne jak kamienie są wysuszone krowie placki. Wolno wałęsające się krowy i konie można tu spotkać na każdym kroku. Co i rusz na trasie pokonujemy druciane ogrodzenia z charakterystycznymi łamanymi bramkami, żeby duże zwierzęta nie mogły przez nie przejść. Dość powszechne są też luzem biegające psy, pasterskie i należące do turystów. Ani jeden z nich nie zachowywał się agresywnie – ależ kontrast z naszymi Tatrami. Tam psów turystom w góry brać nie wolno, nawet upiętych, a te należące do miejscowych gospodarzy do aniołków nie należą. Wypogadza się, burzy jednak nie będzie.

Na kolejnym stromym zbiegu otwiera się przed nami wspaniały widok na dolinę z jeziorem. Ma ono charakterystyczny kształt z dużym półwyspem na środku. Po kilkunastu minutach biegnę wzdłuż jego brzegu w roju meszek. Potem jest bardzo strome podejście, ciągnące się przynajmniej przez dwa kilometry. Nie ma mowy o biegu, tylko mozolny marsz.

Wreszcie zaczyna się zbieg. Słychać znajome bębny-beczki, dźwięk się przybliża, znowu jestem na parkingu, na którym byłem już kilkakrotnie. Mijamy widzianych już na mecie wczorajszego zbiegu muzykantów w biało-czarnych strojach z beczkami, przy których mamy punkt odżywczy. Mam ochotę na coca-colę, ale gazowany napój będzie mi się dawał potem we znaki. Podmokłą łąką wzdłuż potoku zbiegam do Font-Romeu. Wyprzedza mnie Kilian z typowym tu okrzykiem dopingowym „Allez, allez...”. Kończy bieg na 45 km i za kilka minut przekroczy linię mety jako jego zwycięzca. Błyskawicznie znika w przodzie.

Na ostatnich kilkuset metrach wyprzedzam mniej więcej pięciu biegaczy. Docieramy do pola golfowego, finisz to pokonanie trawiastego, pofałdowanego, lecz gładkiego terenu. Gonię jeszcze jednego biegacza, ale w bramie Salomona on jest pierwszy. Piiik! – na mecie przytykam chip do czytnika podanego mi przez organizatora i przez dłuższą chwilę uspokajam oddech. Znów robi mi zdjęcia Roland. Widzę kolejny raz rudą dwunastolatkę, odbiera ode mnie chip, dziś nie ma polskiej czapki.

Mam czas 3:43:05  - 153 lokata na 297 kończących bieg, czyli połowa stawki. Niedługo po mnie dociera do mety Marek, miał czas 3:52:57 i lokatę 183. Na długo przed nami do mety dotarł Piotrek – czas 3:12:16, lokata 52. Zaspokoiwszy pierwsze pragnienie i głód, ustawiam się w kolejce do masażu. Podchodzi do mnie Marek, rozmawiamy. Odzywa się do nas atrakcyjna blondynka: „Jesteście z Polski?”. Oczywiście robi to po naszemu. Jest zdziwiona, że są tu jacyś jej rodacy. To Olimpia Kula z Bydgoszczy, od kilku miesięcy pracująca w pobliskim Perpignan. Jest gimnastyczką, rehabilitantką, a ostatnio biegaczką trailową. Miała dziś na 25 km świetny czas 3:11:43, była 6 wśród kobiet. 

Bieg na 25 km wygrał Grek Dimitris Theodorakakos, z teamu Salomona oczywiście, z czasem 2:11:43. Wśród kobiet najlepsza była Hiszpanka Mireia Miro, również z teamu Salomona – 2:31:28. Z kolei na dystansie 45 km najlepszy był Kilian Jornet z czasem 4:39:04, a wśród kobiet Caithlin Smith – 5:28:56.

Idziemy jeszcze na dobry, choć niezbyt obfity posiłek w dużej hali. To nasze ostatnie godziny w Font-Romeu. Docieramy do Huttopii, korzystamy z prysznica, bierzemy toboły i pakujemy się do autobusu, żegnając wcześniej z pracownikami Salomona. Po nieco ponad dwóch godzinach jesteśmy w Barcelonie. Tam mniej więcej połowa znajomych, m.in. Piotrek Kosmala, żegna się wylewnie i zostaje na lotnisku. Niebawem każdy odleci w swoją stronę. Zostało kilkanaście osób, które odlatują dopiero jutro, i na razie instalują się w przylotniskowym hotelu. Wśród nich jesteśmy też my – ja i Marek.

Marek był już kilkakrotnie w Barcelonie i chce odpocząć przed lotem w hotelu. Ja dołączam do reszty międzynarodowej gromadki, która wieczorem trzema taksówkami jedzie na Placa Catalunya. Jesteśmy głodni, więc dwie godziny spędzamy w bardzo fajnej restauracji, w której zajadam się paelią z owocami morza. Wzięliśmy jej wielką patelnię na spółkę z Philem, wiecznie głodnym dziewiętnastolatkiem z Niemiec o dziecięcym wyglądzie i niesamowitych wynikach na długich dystansach. Rozmawiam też sporo z szefem grupy kanadyjskiej, również Philem.

Niestety nie za bardzo zwiedziłem miasto. Około jedenastej wieczorem, niedługo po wyjściu z restauracji, trzech uczestników wycieczki chce wracać do hotelu, należy do nich Tom Owens. Nie wiadomo kiedy reszta zrobi to samo, może rano. A ja przed piątą muszę być na lotnisku. Żeby nie wydać fortuny na samotny powrót taksówką do lotniskowego hotelu, dołączam do trzech znużonych, choć mam ochotę jeszcze trochę się zanurzyć w to piękne i tętniące życiem w środku nocy miasto.

Następnego dnia, mimo lekkiej nerwówki na lotnisku (była ogromna kolejka do boardingu i ledwo zdążyliśmy) dotarłem bez komplikacji do Warszawy. Wyjazd dostarczył mi niesamowitych emocji, był fajnie zorganizowany przez ludzi z Salomona, poznałem też wielu znakomitych sportowców z całego świata. Mam nadzieję się jeszcze kiedyś z nimi zobaczyć. A bieganie po górach to jest to, nie mam jeszcze dość, za tydzień Maraton Gór Stołowych.

Chciałbym teraz przedstawić kilka sportowych znakomitości, z którymi spędziłem tych kilka dni. Oczywiście postacią najbardziej poważaną, otaczaną w Font-Romeu i w Salomonie powszechnym szacunkiem, mimo młodego wieku i skromnej postury, jest Kilian Jornet Burgada. Ten urodzony w 1987 r. Katalończyk przez większą część roku (od października do maja) uprawia ski mountaineering, czyli dyscyplinę łączącą wspinaczkę wysokogórską i narciarstwo biegowe oraz zjazdowe. Może się tutaj pochwalić wieloma tytułami mistrza świata. 


Pozostała część roku to dla niego głównie długodystansowe biegi górskie. Największą sławę przyniosło mu dwukrotne zwycięstwo, w 2008 i 2009 r., w najsłynniejszym i najtrudniejszym w Europie górskim ultramaratonie, czyli Ultra-Trail du Mont-Blanc (UTMB). Rozgrywany jest on od 2003 r. na terenie francuskich, włoskich i szwajcarskich Alp, na dystansie 166 km, wysokości 1000-2500 m n.p.m., z sumą podejść 9400 m. Bierze w nim udział około 2,5 tys. zawodników, do mety dociera połowa z nich. W 2008 r. Kilian pokonał tę morderczą trasę w czasie 20 godzin i 58 minut. 

Później wygrał kilka innych górskich stumilowych ultramaratonów: w 2010 r. Grand Raid de la Réunion (wyspa Reunion), a w 2011 The North Face 100 (Blue Mountains w Australii) oraz Western States Endurance Run (Sierra Nevada w Kalifornii). Zwłaszcza to ostanie zwycięstwo było znaczące – po raz pierwszy Europejczyk stanął tu na najwyższym podium, a działo się to kilka dni przed naszym spotkaniem w Font-Romeu. Mimo sukcesów woda sodowa nie uderzyła mu do głowy, jest ciągle sympatycznym i trochę nieśmiałym chłopcem.

Przedstawicielem nieco starszego pokolenia górskich biegaczy jest Jonathan Wyatt. Ten urodzony w 1972 r. nowozelandzki architekt jest sześciokrotnym mistrzem świata w biegach górskich. Trzykrotnie (w 2003, 2007 i 2009 r.) wygrał Jungfrau Marathon w Interlaken w Szwajcarii, a jego najlepszy czas na tej trasie to 2:49:01. Na olimpiadzie w Atenach w 2004 r. z czasem 2:17:47 zajął 21 miejsce w maratonie. Ustanowiony przez niego w 2002 r. w Christchurch rekord Nowej Zelandii w półmaratonie (1:02:37) do tej pory nie został pobity. Jono jest sympatycznym i towarzyskim gawędziarzem, chętnie opowiada o sobie, przerywając od czasu do czasu rozmowę krótkim, urywanym śmiechem. Mieszka teraz we włoskich Dolomitach, szefuje jako community manager austriackiej części Salomona i wychodzi z przewlekłej kontuzji.

Innym przykładem tego, że Kiwi (czyli Nowozelandczycy) są nie do zdarcia, jest Anna Frost, czyli Frosty. Do Font-Romeu przyjechała jako community manager ekipy australijskiej. Jej najbardziej znany wyczyn to zwycięstwo w Everest Marathon w 2009 r. To najwyżej położony maraton na świecie (co poświadcza wpis do Księgi Rekordów Guinessa), rozgrywany oczywiście w nepalskich Himalajach. Start na wysokości 5184 m n.p.m., meta na 3446 w Namche Bazaar. Frosty była wtedy najlepszą kobietą i zajęła 6 lokatę w ogólnej klasyfikacji, ustanawiając niewiarygodny w tak ciężkich warunkach kobiecy rekord trasy – 4:35:04. Męski rekord należy do Nepalczyka Hari Roka (3:56:10, 1999). W 2011 r. w Everest Marathon wzięła udział ośmioosobowa ekipa z Polski, a Sylwia Jaśkowiec z AWF Katowice z czasem 5:34:06 okazała się wtedy najlepsza w kategorii biegaczy zagranicznych. 

Kiedy w niedzielę organizatorzy imprezy z Salomona zniknęli nam z oczu, Frosty stała się naturalnym szefem kilkunastoosobowej gromadki niedobitków w Barcelonie. Też towarzyska, trochę zadziorna i prowokująca. Do bitki i do wypitki, jak na góralkę przystało.

Znakomitym reprezentantem teamu Salomona jest wspomniany już szkocki biegacz górski Tom Owens. W 2009 i 2010 r. był zwycięzcą Gore-tex Transalpine Run, ośmioetapowego biegu w Alpach o łącznym dystansie 262 km i sumie podejść 15 220 m. Cztery miesiące temu wygrał TNF Transgrancanaria Marathon z czasem 2:54:39, wyprzedzając o ponad pół godziny kolejnego zawodnika. Suma podejść w tym wytyczonym na największej z Wysp Kanaryjskich maratonie wynosi 3400 m. Tom ma bardzo charakterystyczny i bardzo szeroki uśmiech. Wygrał sobotni bieg pod górę w ramach Kilian’s Classik, a kilka dni później dokonał tego samego w Alpach w ramach Salomon – 4 Trails. Ale tam musiał trochę bardziej się wysilić, bowiem był to czteroetapowy bieg na łącznym dystansie 163 km o sumie podejść 10 800 m. Tom miał łączny czas 16:43:53. Wśród kobiet Salomon – 4 Trails wygrała Anna Frost z czasem 22:08:35. Jak zapytałem Toma, dlaczego nie biegł w żadnym z niedzielnych biegów Kilian’s Classik, to odparł, że oszczędza siły na ważniejszą imprezę.

Rok temu Gran Canaria była miejscem triumfu innego przedstawiciela teamu Salomona. Był nim urodzony w 1975 r. Hiszpan Miguel Heras. Jednak jego najbardziej znanym wyczynem w ostatnim czasie było zwycięstwo w 2010 r. w prestiżowym TNF Endurance Challenge w San Francisco. To górski bieg rozgrywany na dystansie 50 mil, o sumie podejść 3100 m, w którym Miguel osiągnął wynik 6:47:03. Wśród kobiet triumfowała wtedy... Anna Frost z czasem 7:45:03, a ósme miejsce z czasem 9:04:55 zajęła Kasia Zając. Po raz pierwszy na własnym terenie zostały wtedy pokonane ikony amerykańskiego ultramaratoningu, było to także spektakularne zwycięstwo teamu Salomona. Miguel nie bardzo mówi po angielsku, czym wyróżniał się spośród pozostałych uczestników zjazdu w Font-Romeu. Opuścił nas już w sobotę, aby wziąć udział w mistrzostwach Hiszpanii w biegu górskim. 

Specjalistą od biegów pustynnych jest pochodzący z Republiki Południowej Afryki trzydziestolatek Ryan Sandes. W latach 2008-2010 wygrał cztery tego rodzaju ultramaratony (Gobi, Sahara, Namibia, Atacama). Została mu ostatnia pustynia – Antarktyda. Jak na człowieka z gorących krajów przystało, paradował po Pirenejach w ciepłej zimowej czapce, choć było tam na przełomie czerwca i lipca całkiem ciepło. Może dlatego, że czapkę zdobiło logo producenta napoju energetycznego.

Miałem możliwość spędzić kilka dni w towarzystwie takich ludzi. Ludzi? Sergio Garasa Mayayo, mój hiszpański odpowiednik (też wygrał konkurs), także górski ultramaratończyk, ma wątpliwości. O członkach teamu Salomona mówi, że wprawdzie wyglądają jak ludzie, mówią jak ludzie, ale to nie są ludzie. Ja myślę, że jednak są. Tylko że są to najlepsi z najlepszych w swojej dziedzinie. Salomon wyłuskał ich z tysięcy trailrunnerów i zgromadził na kilka dni w jednym miejscu, w rodzinnych górach najlepszego z nich. Dzięki temu mogłem z nimi biegać, rozmawiać, testować sprzęt, śmiać się, uczyć od nich, biesiadować, podziwiać przyrodę. To były niesamowite cztery dni.

Jan Goleń (jang)


 
©2008-2009 KB Galeria Warszawa, Powered by Joomla! 1.5
Ask ve Sevgi  - Ask ve Sevgi sitesi - Ask ve sevgi blogu - Ak ve sevgi - ak ve Sevgi sitesi