Designed by:
SiteGround web hosting Joomla Templates


statystyka
Błoto, komary i plecak - czyli I półmaraton komandosa Drukuj Email
Wpisany przez maine_coon   
środa, 09 czerwca 2010 22:51

Na niebie ciemne, deszczowe chmury, temperatura ok. 20 stopni i straszny zaduch. Na około mnie sami twardziele z armii i ja w bojowym stroju z plecakiem i w kamaszach. Stoimy wszyscy na stadionie WAT-u w Warszawie. Przed nami 3 pętle po 7km każda. Organizator o ksywie Harcerz, pełniący chyba wszystkie funkcje na raz - w tym spiker, ostrzega przed bardzo dużym błotem i że generalnie „będzie hardkor”.

Punktualnie jak to w wojsku o 10:02 ruszamy na trasę. Zaskoczyło mnie początkowe tempo biegu, gdyż wynosiło ok. 5:20/km. Jak dla mnie zdecydowanie za szybko. Jednak doganiam peleton już na 1,5km. Od tego miejsca jest chyba najfajniejszy odcinek: błoto po kolana, woda trochę wyżej i tylko pozatapiane palety, po których można się poruszać. Niestety, leżą jedna od drugiej w odległości dobrego skoku, co z plecakiem wcale nie jest takie łatwe. Finał przeprawy - mam pełno wody w butach, a tu jeszcze ok. 20km przede mną. 

Trasa biegu jest bardzo urozmaicona. Wspaniałe błoto jest przerywane takimi atrakcjami jak sucha szutrowa droga, asfalt, tory kolejowe i łąka. Trasa jest wystarczająco kręta żeby stracić z oczu wszystkich konkurentów. I tylko szelest liści przede mną i za mną świadczą o tym, że ktoś tu jeszcze jest. Oznaczenia trasy są na ogół dobrze widoczne. Niestety w newralgicznym miejscu jakaś życzliwa dusza raczyła sprzątnąć oznaczenie trasy i zamiast skręcić w prawo biegnę dalej prosto. Po jakimś czasie docieram do zabudowań i jakiegoś parkingu. Chwilka zwątpienia i ruszam dalej na azymut. Po ok. 1km docieram skrzyżowania, na którym spotykam żołnierza wskazującego trasę biegu. Informuje mnie on gdzie biec dalej i że faktycznie dotarłem do trasy tyle, że…. z drugie strony. Po złapaniu trasy docieram do pierwszego przepaku. Kurcze miało być 7,1km a na moim GPS-e jest prawie 9…a na zegarku niespełna godzina biegu. Ale jak to mówią: ”weterynarza nic nie przeraża” a poza tym to jest „komandos”. 


Zaciskam zęby i lecę dalej. I znów błotne kąpiele zdrowotne, pobudzające do biegu ukraszenia komarów i tym razem dokładniejsze pilnowanie trasy. I o mały włos bym powtórzył błąd z pierwszego okrążenia. Ach, jak te wspaniałe okoliczności przyrody rozpraszają…. 


Na drugim przepaku mam niespełna 2 godziny. Szybkie dotankowanie wody i dalej w las. I niestety dają znać stopy, że woda do butów, co prawda płynęła, lecz nie opuściła ich w tej samej ilości. Efekt-odparzone stopy. Koniec biegu. Zostaje aktywny marsz. Byle do przodu. Na 3 okrążeniu spotkałem się 2 razy z małym deszczykiem. I gdyby nie to słońce zaraz po opadach, byłoby świetnie. Wpadam na stadion. Gorący doping mobilizuje do ostatniego ostrego wysiłku. Metę mijam w pełnym biegu. Stopy protestowały, ale co tam. Kończę w 3:10. Ku mojej ogromnej radości nie jestem ostatni i mogę już zdjąć plecak. I półmaraton komandosa ukończony. Była to najlepsza impreza biegowa, w jakiej kiedykolwiek brałem udział. Teraz pora na pełny maraton no i w przyszłym roku na poprawę czasu. Ale najpierw się wyśpię….


Dla uzupełnienia danych: mój plecak przed startem ważył równe 14kg.

Duże podziękowania należą się Miodziowi. Za pożyczenie sprzętu i za wszelkie rady dotyczące biegu. Naprawdę mocno się przydały. Dziękuję!!!


maine_coon



 
Komentarze (1)
1 sobota, 12 czerwca 2010 20:54
Tak zaczyna się komandoską przygodę z sercem w plecaku!
BRAVO maine_coon!!!
Pierwszy szlak przetarłeś miodziowo.
Kolejny będzie jeszcze ciekawszy.
P.S. Nie daj się jednak zwieźć, że Maraton Komandosa to to samo co 2x Półmaraton Komandosa. Kokotek to nieodgadnione miejsce.

Dodaj swój komentarz

Twoje imię/nick:
Twój e-mail:
Komentarz:
©2008-2009 KB Galeria Warszawa, Powered by Joomla! 1.5
Ask ve Sevgi  - Ask ve Sevgi sitesi - Ask ve sevgi blogu - Ak ve sevgi - ak ve Sevgi sitesi