|
Poniżej zamieszczamy wywiad z przeciętnym uczestnikiem Ekstremalnych imprez na Orientacje – Miśkiem.
Redakcja: Podobno masz do Skorpiona szczęście.
Misiek: Tak, do Ekstremalnej Imprezy na Orientacje SKORPION mam szczęście, tj. udaje mi się tam pojechać nieprzerwanie od 3 lat. Jest to impreza organizowana przez ludzi z Lubelszczyzny a oprócz zabawy w napieranie jej celem jest ukazanie piękna ziemi lubelskiej i Roztocza.
Redakcja: A nie masz przypadkiem do Skorpiona pecha?
Misiek: Do Ekstremalnej Imprezy na Orientacje SKORPION mam także pecha, bo dwa lata temu źle przeczytałem regulamin i straciłem prawie pewne 3 miejsce a rok temu musiałem podjąć dla własnego bezpieczeństwa decyzję o wycofie.
Redakcja: Dlaczego ten wycof?
Misiek: Piękna wyżowa pogoda, zapada zmrok i z minus 2 stopni mamy minus 20 stopni. Zamarzło jedzenie i picie a ja sam w terenie. Za duże ryzyko. Decyzja była właściwa, jeden z kolegów leczył się potem 9 miesięcy z odmrożeń.
Redakcja: Jakie założenia na ten rok?
Misiek: Założeniem na ten rok było ukończyć wreszcie trasę 50 km i udało się choć nie powinno . Zabawnym jest to, że najtrudniejsze w historii tego rajdu warunki okazały się kluczem do sukcesu.
Redakcja: Jakie zadanie postawili organizatorzy przed uczestnikami?
Misiek: Zadaniem uczestników było pokonanie w czasie 13 h dystans 50 km i potwierdzenie po drodze 11 PK, można to było zrobić w kolejności od PK1 do PK11 lub odwrotnie, inaczej się nie opłacało.
Redakcja: Słyszeliśmy, że spóźniłeś się na start.
Misiek: Nie. 8.00 start, mapy w dłoń i wszyscy poszli w teren. A ja? Flamastrem uaktualniam szlaki i nowe asfalty z mapy powieszonej na tablicy w schronisku młodzieżowym. Wychodzę ale dopiero „dziesięć po” czyli czeka mnie autorski wariant.
Redakcja: Śnieg 40 cm, mokry, ciężki, większość dróg zasypana a Ty autorski wariant? Nie rozumiemy.
Misiek: Ja teraz też nie ale wtedy to było proste. Biegnę asfaltem w zagłębienie terenu, tam w lewo w polną drogę, dalej jarem pod górę, na szczycie będzie początek wąwozu i punkt. Dobiegam w zagłębienie terenu i dalej zonk, nikt tędy nie szedł, drogi nie widać, oczywiście zasypana. Jestem w d… Wraz z innym podobnym „geniuszem” torujemy na przełaj przez ciężki, sięgający kolan śnieg do najbliższego jaru, kierunek zachodni to jedyne co potwierdza, że idziemy dobrze. W połowie drogi spotykamy czerwony szlak i dwóch innych napieraczy, upewniamy się gdzie jesteśmy i dalej odnajdujemy wydeptaną rynnę prosto do PK1. Jestem pewnie z 10 od końca. Myślę sobie: „Właśnie ukończyłeś Skorpiona chłopie, 4km w 1h 15 min, mocno za wolno”.
Redakcja: Jak spotkałeś tzw. Tor bobslejowy to było wsiąść i dalej nim jechać.
Misiek: Dlaczego nie, tak zrobiłem. Rynna prowadzi mnie dalej do PK2 i do połowy drogi na PK3, dalej znów autorski wariant i w pobliżu PK3 spotykam co? Zgadnijcie… rynnę. Dalej rynną w kierunku PK4, więc lekko podbiegam, wyprzedzam hurtem kolejnych uczestników. Nawigować nie muszę, rynna to wariant idealny. W pobliżu PK4 spotykam ogromny tramwaj, ze 30 osób. Dlaczego oni nie skręcają do jaru? Może rynna biegnie inaczej. Nie, w tym miejscu jest początek rynny, czyli grupa najlepszych. Dogoniłem liderów. Nastroje w grupie minorowe, liderzy chcą walczyć ale nie ma szans. Trzeba napierać grupą, inaczej się nie opłaca. Dołączam do grupy torujących i tak osiągamy PK5. Droga na PK6 i PK7 prowadzi przez kilka kilometrów asfaltu, jest szansa uciec słabszym co też czynimy. Zostaje więc w ścisłej czołówce. Przy PK 7 33 km spotykamy grupę napierająca w odwrotnym kierunku, oni pokonali ledwie 17 km w tym samym czasie, więc raczej nie można liczyć na „ich rynnę”, gdyż zapewne jest to wariant mocno „objazdowy”, po około kilometrze okazuje się, że rynna skręca w dziwnym kierunku i jeszcze w dół, torujemy zatem dalej szczytem wzniesienia. Przy PK8 rynna znów okazuje się „wariantem objazdowym”. Lekko wtapiamy, co skutkuje wspinaczką w wąwozie, gdy już trafiamy w optymalny wariant między lasy, robi się ciemno ale spotykamy znów rynnę.
Redakcja: Sorry, że przerywamy, chrząszcze doniosły, że na PK 9 nastąpił decydujący atak.
Misiek: Ach te chrząszcze. W drodze na PK9 liderzy podkręcają tempo i przeprowadzają udany atak, jak się okazuje potem zwyciężają. Połowę drogi na PK9 gonimy ich co kosztuje mnie sporo sił. Podbijamy PK9 i tracimy grupę liderów z oczu. Jak się okazuje potem uciekają wariantem objazdowym ale mniej wymagającym. My zaś krótszym ale bardzo trudnym, moim zdaniem nawigatorzy popełnili tu błąd ale z drugiej strony nikt mi nie bronił iść własną drogą. Mocno wyczerpany docieram na PK 10, tam herbatka i cebularz stawiają mnie na nogi. Gdy dowiaduję się, że nawigatorzy wymyślili znów wariant przez „las poziomic” podejmuje decyzję o ataku objazdem, asfaltami. Nie opłaciło się, nawigatorów spotykam 300 m od punktu, z tym, że oni już podbili i biegną do mety. Ja również dalej biegiem ale już nie nadrabiam straconego dystansu. W efekcie zajmuję 10 miejsce, ale zdążam „na Małysza” tj. koniec limitu czasu zbiegał się z konkursem olimpijskim na dużej skoczni.
Redakcja: Gratulujemy.
Misiek: Dzięki.
|