Designed by:
SiteGround web hosting Joomla Templates


statystyka
Przejście kotliny czyli and (mega) wyzwanie górskie Drukuj Email
Wpisany przez and   
środa, 14 października 2009 19:52

Po majowym „KIERACIE” ukończonym  szczęśliwie i w niezłej formie zamarzyłam o „Przejściu dookoła Kotliny Jeleniogórskiej” . Na stronie czytam: „Jeżeli lubisz ekstremalne wyzwania, walkę z własnymi słabościami to Przejście jest właśnie dla Ciebie! (…) zapas jedzenia niesiony na plecach. Woda z potoków, a tam gdzie jej nie ma, bez wody. Ciężkie buty powodujące obtarcia albo lekkie sandały prowokujące kontuzje. Orientacja w terenie na podstawie mapy. Gorące, rażące słońce dnia i przenikliwe zimno i ciemności poranka. (…) A to wszystko w Karkonoszach, Rudawach, Kaczawach i Izerach; na stokach Szrenicy, Śnieżki, Czoła i Skalnego Stołu, Skalnika, Dudziarza, Barańca, Okola, Godzisza, Wysokiej Kopy (…).

Organizowane przez karkonoski GOPR „Przejście” poświęcone jest pamięci ratowników górskich: Daniela Ważyńskiego i Mateusza Hryncewicza, którzy zginęli w lawinie w 2005 r. Jeden z nich był pomysłodawcą „Przejścia”. Po nieudanej „Próbie” (tak też nazywa się „Przejście”) w 2004 r. nie zdążył jej już powtórzyć.


Charakter imprezy, to według organizatora pozbawiona rywalizacji walka z własnymi słabościami, bez nagród i rankingów. Ale imprezę tworzą też jej uczestnicy. Organizowane początkowo w bardzo wąskim gronie „Przejście” zgromadziło obecnie aż 236 osób, wśród których znaleźli się też tacy, którym marzyło się  bicie rekordów. Ja postanowiłam iść „jak się da”. Nie wzięłam śpiwora, ani karimaty, więc nie planowałam noclegów. To chyba nie był najlepszy pomysł, jak się później okazało.

Wyruszamy o 20-stej. Noc pogodna, rześka, ale bez przejmującego chłodu. Niebo cudnie rozgwieżdżone. Nie wiem, czy kiedykolwiek widziałam tyle gwiazd, tak wyraźnie aż po horyzont. Mimo kamienistej trasy (znam ją już z Maratonu Karkonoskiego) muszę od czasu do czasu podnieść głowę, bo czegoś takiego prędko nie zobaczę. Noc towarzyszy nam przez całe Karkonosze. Świt mogę podziwiać dopiero w Rudawach podczas zejścia ze Skalnika.  Sylwetki drzew na tle coraz jaskrawszego różowego i pomarańczowego nieba. Cudny widok po całonocnym marszu. Tam też mija nas biegacz. Spóźnił się na start 2 godz., ale widać, że ma sportowe ambicje – pyta ile osób przed nami (kto to wie, jakieś 50 chyba). Wędrujemy dalej z krótkimi postojami na punktach kontrolnych. Słońce coraz wyżej, pogoda szykuje się wspaniała. Mijamy piękny zamek Bolczów z fragmentami naturalnych, skalnych ścian. Za chwilę już drugi punkt transportowy, miejsce skąd organizatorzy zapewniają dojazd do Szklarskiej dla rezygnujących z dalszej wędrówki. Punkty te zaznaczone są na mapie, którą każdy dostał na starcie, ale ja jakoś ich nie  zarejestrowałam – nie planuję rezygnacji. W Janowicach jest sklep. Trzeba uzupełnić camelbaki, bo później nie będzie gdzie. Kupuję bułkę (wolę normalne żarcie od żeli i powerbatonów) i litr wody.


Z dodatkowym obciążeniem podejście na Różankę wydaje się bardziej strome, ale tam, na polanie czeka już serwowany przez organizatora posiłek; makaron z warzywami, ciasteczka i gorąca herbata z sokiem. Pycha. Odpoczywamy chyba ze 20 minut. Niektórzy oglądają zbolałe stopy, sypią na nie ogromne ilości talku, zmieniają skarpety. Jeszcze nie ma półmetka, trzeba  w drogę. Następny etap, o którym myślimy to Okole – miejsce trochę „zmyłkowe”, wiele osób w poprzednich edycjach gubiło się tu. Żanecie, której towarzyszę od początku stopniowo mija lekki poranny kryzys. Ależ miałam szczęście, że przed startem zaczęłam rozmawiać akurat z tą dziewczyną. Jest silna, wytrzymała i ambitna. No i częściowo zna trasę – ukończyła „Przejście” w ubiegłym roku, robiła też rekonesanse. Wędrujemy: Dudziarz, Leszczyniec, otoczenie Barańca, Przełęcz Komarnicka, Przełęcz Widok (Kapella). Mimo że na tym odcinku trasa obfituje w punkty widokowe, jakoś mi się dłuży. Kiedy będzie to Okole? Mijamy 3-ci punkt kontrolny i 3-ci transportowy. Okole udaje się osiągnąć bez większych problemów (dzięki tym, którzy już tu byli i zapamiętali). Na zejściu do Chrośnicy gubimy na moment szlak, ale jakoś udaje się nie stracić zbyt dużo czasu. Góra Szybowcowa to kolejny punkt transportowy. Podziwiamy Kamila, który nie chce rezygnować, mimo że już w Karkonoszach odnowiła mu się kontuzja kolana. Utyka wyraźnie i cierpi na zejściach, ale jest pełen optymizmu i trzyma tempo. Po zejściu do Jeżowa kierujemy się od razu na „Perłę Zachodu”. Żaneta słusznie kombinuje, że lepiej dotrzeć tam za dnia, trasa nie biegnie tu oznakowanym szlakiem. Miejsce jest niezwykle urokliwe, wędrujemy przez cudną brzezinę. Niebo różowieje, stopniowo zapada wieczór. Żaneta pamięta trasę z ubiegłego roku, więc bez większych kłopotów znajduje kolejny punkt. Ja miałabym tu niewątpliwie problemy.

Robi się ciemno, więc od razu ruszamy dalej planując odpoczynek i posiłek w przydrożnym barze lub stacji benzynowej. W okolicach baru tworzy się większa grupka: pojawia się nasz zgubiony na Szybowcowej Kamil, który nadal nieźle trzyma tempo i paru młodych chłopców, którym wyraźnie już brakuje snu. Większość z nas szuka towarzystwa przewidując kłopoty na kolejnym, trudnym nawigacyjnie etapie. Łączymy siły i dość liczną grupą wędrujemy w kierunku Goduszyna i legendarnej już Komorzycy. To już kolejna noc, zmęczenie daje o sobie znać. Idę jak owieczka w stadzie. Nie zapamiętałabym drogi. Nasz przewodnik z grupą chłopców postanawiają zatrzymać się na dwugodzinny sen. 5-cioosobową grupą ruszamy dalej w stronę Wojcieszyc, gdzie zaliczamy kolejny punkt kontrolny. Tu niespodzianka – została jeszcze słodka, gorąca herbata z Różanki. Smakuje jak ambrozja. Siadamy na chwilę na karimacie, która daje odczuwalne ciepło. Nie za długo, bo coraz trudniej rozprostować potem sztywniejące stawy. 100 km za nami. Kolejny etap to Górzyniec - jakoś trzeba sobie tę trasę dzielić. Ależ nisko położony ten Górzyniec. Schodzimy i schodzimy, jak do piekła (biedne to  kolano Kamila), żeby oczywiście potem, po przejściu przez uśpioną miejscowość, zacząć kolejną wspinaczkę na Zbójnickie Skały. Nasz kolejny punkt, do którego dążymy to Zakręt Śmierci. O krok niemal światła Szklarskiej Poręby, a przed nami jeszcze jakieś 30 km, więc ruszamy, ja coraz mniej dziarsko. Zaczyna się kryzys za kryzysem. Druga noc bez snu jest dla mnie zbyt trudna. Co chwilę zwalniam, ledwo widzę drogę przed sobą, wszystko miga mi przed oczami. Mam chyba jakieś halucynacje: widzę przedmioty, których nie ma, omijam ostrożnie szyszki i kamienie, bo wydaje mi się, że ruszają się. Żyją? W ciemnościach niesamowicie brzmi porykiwanie jeleni. Daleko przede mną rozmazane sylwetki moich towarzyszy. Jakoś dziwnie idą. Biegną? Podskakują? Tańczą? Jak mam ich dogonić? Chcę przyspieszyć, ale czuję, że się zataczam. Próbuję ratować się cukierkami kopiko. Nic nie pomaga. Czarna Góra, Wysoki Kamień, Rozdroże pod Cichą Równią, Przełęcz Szklarska. Powinnam dobrze znać te tereny z wypadów na śladówki, a ja nie wiem gdzie jestem. Na kolejnym punkcie siadamy na chwilę pod wiatą i odpływam na kilka (chyba) minut., ale nie czuję się lepiej. Tylko ciało sztywnieje coraz bardziej i zaczynam mieć dreszcze. W marszu trochę się rozgrzewam, ale nadal jest ciężko. Zataczam się jak pijana. Po drodze z Jakuszyc zaczynam jednak dostrzegać czerwieniejące niebo, zmory znikają wraz ze świtem, czuję, że mogę już iść normalnie. Teraz zielonym szlakiem już jak po sznurku i nareszcie świadomie. Drogę pod Przedziałem znam, Żaneta zresztą też. Zbliża się 36-ta godzina marszu. Podążamy razem do mety 5-cioosobową grupą. Tu dowiadujemy się, że przed nami dotarło tylko 6 osób. Niemożliwe?!

Dziękuję!

Ania

Zdjęcia udostępnione przez Michała :

http://picasaweb.google.pl/strzygocki.mistrzy/PrzejscieKotliny2009#

na forum:

http://przejsciekotliny.pl/forum-mainmenu-23

 
©2008-2009 KB Galeria Warszawa, Powered by Joomla! 1.5
Ask ve Sevgi  - Ask ve Sevgi sitesi - Ask ve sevgi blogu - Ak ve sevgi - ak ve Sevgi sitesi