|
„Ich bin ein Berliner!” – czyli jeszcze bliżej GALERII |
|
|
|
Wpisany przez Miodzio
|
|
środa, 14 października 2009 22:07 |
|
Z punktu widzenia biegacza maratończyka możemy z Jakubem śmiało wypowiedzieć to historyczne i słynne już zdanie – „Jestem Berlińczykiem!”. Czyli o jeden krok do przodu w kształtowaniu oblicza prawdziwego Galernika, który nie tylko w swoim biegowym życiu nastawia się na poprawę życiówek, ale przede wszystkim dba o klubowe tradycje. Bo Maraton Berliński to już galeryjna tradycja. To bogata w doświadczenia i przeżycia historia wielu Galerian. Berlin był długo oczekiwanym przeze mnie maratonem. Dwukrotnie już próbowałem w nim wystartować, ale los od dwóch lat płatał mi figle. Trzeci raz okazał się jednak udanym. Jakub również miał na oku ten maraton, bo zarówno on jak i ja debiutowaliśmy na zagranicznej ścieżce maratońskiej.
36. real.- Berlin Marathon 2009 to krótko mówiąc mega impreza biegowa. Mega z uwagi na 40-tysięczne grono startujących tam biegaczy oraz mega organizację i logistyczne zabezpieczenie imprezy. To było po prostu mistrzostwo świata. Czegoś takiego jeszcze w życiu nie widziałem. Nawet nie zamierzam tego opisywać, bo tej relacji nikt pewnie nie przeczytał by do końca. Ci co tam byli wiedzą. Ci co jeszcze się wahają niech szykują Eurusy na przyszły rok. Tam na prawdę trzeba być. Tam trzeba koniecznie wystartować.

Co prawda założenia przedstartowe były zdecydowanie odmienne od naszych wyników, to zdecydowanie przeszły one na plan dalszy zaraz po przekroczeniu mety. Wrażenia jakich dostarczył nam udział w tej wspaniałej imprezie będą nam towarzyszyły jeszcze bardzo długo. A propos wrażeń, to nie obyło się również bez wpadek. Nie dość, że nie zdążyliśmy się zweryfikować w przeddzień startu w biurze zawodów (latając po zakorkowanym Berlinie jak mugole na miotłach) to zafundowaliśmy sobie niezłą rozgrzewkę w dniu startu. Szukając po całym miasteczku maratońskim punktu weryfikacji zawodników przez ponad 90 minut, na wkłucie czterech agrafek w spocone ciałko mogliśmy sobie pozwolić dopiero na niecałe 20 minut przed sygnałem startera.

Ale to wszystko na własne życzenie, kurczę ale było ciśnienie, długo tego nie zapomnę.
I tak było miodziowo. Razem z Jakubem stwierdziliśmy jednoznacznie – Trzeba tam koniecznie wrócić.
MIODZIO
Miodzio - 03:49:07 maine_coon - 04:53:52 
|