Skorpion 2012

skorpion_2012W Batorzu niedaleko Lublina w dniach 17-18 lutego 2012 r. po raz już jedenasty rozegrano ekstremalną pieszą imprezę na orientację o nazwie Skorpion. Mam wrażenie, że w tym roku była ona trochę mniej na orientację, za to zdecydowanie zasłużony jest używany przez organizatorów przymiotnik „ekstremalny”. Miejscem corocznych zmagań są różne miejsca na Roztoczu, znane z licznych lessowych wąwozów. Większość punktów kontrolnych ukrytych jest w ich gęstej sieci, a poza właściwymi punktami organizatorzy umieszczają w ich sąsiedztwie tzw. punkty stowarzyszone – ich zaznaczenie na karcie kontrolnej zalicza obecność na punkcie, ale ze sporą karą czasową.

Skorpion znany jest z wyjątkowych warunków pogodowych. Rozegrany trzy lata temu również w Batorzu rajd zasłynął z siarczystych mrozów, rok później w Szczebrzeszynie uczestnicy brnęli w bardzo głębokim, mokrym śniegu. Zeszłoroczny jubileuszowy Skorpion w Krasnobrodzie był wyjątkowo dla uczestników łagodny – niewielka pokrywa śniegu i kilka stopni poniżej zera. W tym roku temperatura była podobna, ale śniegu było zdecydowanie więcej.

W piątek o 20.00 rozpoczynali uczestnicy rajdu na 100 km. W tym roku było ich zaledwie 25, sami mężczyźni. Zaczynali w śnieżycy, która stopniowo się uspokajała. Kilka dni przed zawodami śniegu napadało sporo, a śmiałkowie przez bardzo długą noc przedzierali się przez zdradliwe, otwarte, pofałdowane i wietrzne pola, dominujące w tym terenie. Czasami śnieg był po kostki, a nagle przy miedzy okazywało się, że można wpaść w niego po uda. O tym, jak trudne były warunki na pierwszej, nocnej pięćdziesiątce nich świadczy fakt, że po 12 godzinach w bazie zawodów nie zameldował się na półmetku żaden setkowicz.

Z opóźnieniem pięciu kwadransów na trasę setki wyruszył Paweł Pakuła, którego transport się opóźnił. Paweł rzucił się w pościg za czołówką i dogonił około 40 km prowadzącą parę: Tarasa Koniukhova i Kamila Orbana. Kamil, mieszkaniec Grójca, przyjechał samochodem Marcina Miśkiewicza, którym do Batorza dotarłem jeszcze ja i Bartek Niezgódka. Kamil ma w tym roku ambicję ukończyć wszystkie setki, wchodzące do klasyfikacji Pucharu Polski w Pieszych Maratonach na Orientację. Z kolei Taras, który przyjechał z Kijowa (doba jazdy), miał do wyrównania rachunki z zeszłego roku. Jako pierwszy dotarł wtedy do mety w krasnobrodzkiej szkole, zaliczając jeden punkt stowarzyszony. Musiał oddać pierwsze miejsce Marcinowi Krassuskiemu, który dotarł do mety jako drugi, ale miał bezbłędny przebieg. Taras przed tygodniem był uczestnikiem Rajdu 360 Stopni w Zamościu, który przejdzie z pewnością do historii imprez przygodowych za sprawą ekstremalnie niskich temperatur, dziesiątkujących uczestników.

mapa_skorpion
Taras i Kamil do tej pory odwalali najbardziej morderczą robotę. Przebijali się przez dziewiczy śnieg, udeptując szlak dla kolejnych uczestników wyścigu. Brali na siebie zarówno największy ciężar nawigacyjny, czyli odnajdywanie punktów kontrolnych, jak i wydeptywanie drogi. Trochę to ułatwiło Pawłowi pościg. Kiedy dołączył do czołówki, zmobilizował kompanów-rywali do ataku, napierali teraz we trzech. Im więcej ludzi na szpicu, tym grupie łatwiej. Największy wysiłek spada na pierwszego, drugi wbija się w ślady poprzednika, trzeci też. Pierwszy łapie też wpadki w głęboki śnieg przy miedzach, reszta może je jakoś przeskoczyć, ominąć. Jak się regularnie zmieniają, to napieranie idzie w miarę sprawnie.

Na półmetku w bazie zawodów z czasem 13:09 zameldowała się prowadząca para: Taras i Paweł. Pięć minut później zjawił się tam również Kamil, który musiał coś zjeść i jeszcze trochę stracił do liderów. Z czasem 13:31 na półmetek dotarł Władysław Wachulec.

skorpior1

Fot. Artur Milanowski

O 8.00 rano w sobotę na trasę wyruszyło z Batorza 113 uczestników rajdu na 50 km, wśród nich ja i Marcin Miśkiewicz. Kilka minut przed startem otrzymaliśmy mapy w skali 1:50 000 z aktualnością z lat 70. XX w., z zaznaczonymi 12 punktami kontrolnymi do odnalezienia i zaznaczenia w karcie startowej. Zwartą grupą biegniemy szosą na południowy wschód, ku Zdziłowicom, żegnani klaksonem samochodu wójta gminy Batorz. Pierwszy punkt kontrolny jest ukryty na zalesionej Sowiej Górze, grupa się przy niej rozprasza. Niestety miałem tu wpadkę nawigacyjną i razem z Marcinem na poszukiwania PK 1 straciliśmy przynajmniej pół godziny. Widzieliśmy w lesie dwie sarny, w tym samym czasie i całkiem niedaleko bracia Grabowscy napotkali łosia i dzika. Ale bracia wpadki nawigacyjnej nie mieli. W końcu Marcin odnajduje wierzchołek Sowiej Góry z punktem umieszczonym na sporym drzewie, jest przy nim już kilkunastu uczestników rajdu.

Ruszamy dalej, opuszczamy las i przez odkryte, ośnieżone pola zmierzamy na północny wschód. Towarzyszy nam współlokator z sali od matematyki batorskiej szkoły, Łukasz z Lublina. Wyprzedzamy chyba ze dwudziestu piechurów. Zaliczamy pierwsze śnieżne pułapki przy miedzach, wpadając regularnie prawie po pas w biały puch. Pokonujemy zalesiony wąwóz w obniżeniu, omijamy, dzięki czujności Marcina, stowarzysza i bezbłędnie zaliczamy na kartach startowych PK 2.

Biegniemy teraz na dół na południowy wschód. Doganiamy Janusza Olbrychta i Bartka Niezgódkę, czyli mieszkańcy sali od matematyki są w komplecie. Ale widzimy się tylko kilka minut, Bartek i Janusz idą inaczej niż my. Zagłębiamy się w pocięty licznymi wąwozami las, w którym ukryte są trzy kolejne punkty kontrolne. Niestety, zamiast PK 3 zaliczamy stowarzysza (OO) i chyba znowu raczej przeze mnie. Przez jakiś czas na leśnym odcinku towarzyszy nam Maciej z Kielc, który ma siedzącą pracę i pierwszy raz przyjechał na rajd na orientację, żeby się „ściorać”.

Z lasu na południe wychodzimy już tylko we dwóch, ja i Marcin. Omijamy głębokie wąwozy od zachodu. Docieramy do wsi Tokary i asfaltową szosą zmierzamy na południowy wschód. Jakiś starszy jegomość krzyczy coś do nas bez ładu i składu, a jego krzyk towarzyszy nam przez jakieś pół kilometra. Za wsią po lewej w wąwozie mamy półmetkowy PK 6, przy którym organizatorzy palą ognisko i częstują gorącą herbatą. Pytamy, ilu ludzi tu było przed nami. Odpowiadają, że koło pięćdziesięciu. Dotarli tutaj w kilku tramwajach. Ręce nam opadły, myśleliśmy, że jesteśmy bliżej czołówki. Potem okazało się, że jednak przed nami było tu mniej więcej dwudziestu zawodników.

Zaczynamy drugą, bezleśną połówkę rajdu. Przeskakujemy szosę i dość mozolnie gramolimy się przez dziewiczy śnieg na południowy zachód. Na końcu jednego z odgałęzień wąwozu ukryty jest PK 7. Po drodze do niego napotykamy przymocowany do drzewa lampion z kuszącymi literkami OK, także na końcu jednego z odgałęzień wąwozu. Marcin chce go wpisać do karty kontrolnej, ale dla mnie jest on o kilkaset metrów za blisko, stowarzysz jak nic. Idziemy dalej i w kolejnym odgałęzieniu wąwozu znajdujemy właściwy punkt kontrolny o literkach HH.

Nakoksowałem się spożytym przy ognisku snickersem i teraz mam przypływ energii. Napieram biegiem dalej na południe, tym bardziej, że pojawiła się rynna wydeptana przez naszych poprzedników. Jak się później dowiedzieliśmy, najszybsi pięćdziesiątkowicze do ogniska poruszali się raczej niezależnie, a dopiero po PK 6 połączyli siły i coraz liczniejszą grupą napierali przez głęboki, nienaruszony śnieg. W pewnym momencie w czołowej grupie było 11 osób, ale na czoło na zmianę wysuwało się tylko kilku, pozostali wieźli się na ich wysiłku i talentach nawigacyjnych. Niektórzy próbowali wyrwać się z grupy do przodu, ale oczywiście grzęźli w śniegu i byli doganiani przez resztę.(zdjęcie obok, Foto. Robert Waś)

W drodze na PK 8, który umieszczony jest na nagim wzgórzu o wysokości 332 m n.p.m. i wyjątkowo oznaczony nie na drzewie, lecz na stojaku z żerdzi, wyprzedzamy dwóch uczestników rajdu. Na PK 8 nieźle wieje, więc czym prędzej zbiegamy do z daleka widocznego mostu  na Białej Ładzie. Przed nim doganiamy kolejnych dwóch rywali. Rozkręcamy się, rynna prowadzi, w przodzie widać kolejnego uciekiniera. Obrzeżami Kolonii Chrzanów ścigamy go, zbliżając się do PK 9, który bez pudła odnajdujemy. Za nim jest stowarzysz, na którego nikt się nie nabrał – nie prowadzą do niego żadne ślady na śniegu. Marcin, żeby zrobić przyjemność budowniczemu trasy, podchodzi do punktu, wydeptuje ścieżkę i wyciąga zza kartki lampionu kredkę, jakby ktoś jej użył do wpisania punktu w kartę kontrolną.

Nieco dalej dopadamy Michała Marzantowicza, znanego na forach biegowych jako Wawer, który będzie nam towarzyszył już do końca. To ten uciekinier, którego widzieliśmy w przodzie już od godziny. Walimy rynną marszobiegiem we trzech na północny zachód. Wietrznymi i białymi polami na przemian w górę i w dół, ku szosie Chrzanów-Branew, za którą w zalesionym wąwozie jest PK 10. Potem skrajem lasu i polami na północ i trafiamy na PK 11. W pierwszym odruchu chcemy walić prosto przez pola na ostatni już punkt kontrolny, ale po stu metrach orientujemy się, że oznacza to przedzieranie się przez głęboki śnieg. Rynna też jakby się rozproszyła, zniknęła. Zmierzch, zakładamy czołówki.

Jak się potem dowiedzieliśmy, na PK 11 nastąpił przełom w składzie wiodącej ekipy rajdu na 50 km. Czterech fighterów – Irek Kociołek, Dawid Studencki oraz bracia Bartek i Marek Grabowscy, porozumiawszy się szybko, odskoczyli reszcie zawodników i rzucili pędem ku kuszącej asfaltem wsi Zdziłowice. Chwilę później dołączył do nich piąty, Janek Lenczowski, reszta została z tyłu. My podążaliśmy teraz ich śladem, mając półtorej godziny opóźnienia. Czołowa piątka biegiem, bo jako tako odśnieżonym asfaltem, pokonała dużą wieś Zdziłowice. Pod jej koniec odbili w lewo, dwa kilometry przez śnieg (ale częściowo dość płytką miedzą) do PK 12 i drugie tyle w drugą stronę do wsi. A potem cztery kilometry asfaltem na północny zachód do Batorza i meta. Cała piątka zameldowała się w bazie zawodów z czasem 9:55, wszyscy mieli komplet prawidłowo odnalezionych dwunastu punktów kontrolnych, bez stowarzyszy. Następni zawodnicy mieli do nich ponad dwadzieścia minut straty, czyli końcówka czołówki musiała być ostra.

My tymczasem niezbyt szybkim marszobiegiem zasuwamy zarośniętym wąwozem, włączamy czołówki, bo zmrok zapada. Potem skręcamy w lewo i docieramy do skrzyżowania na południowym skraju Zdziłowic. Dwa kilometry asfaltową szosą przez wieś z krótkim przystankiem w sklepie. Zaopatrujemy się tu z Marcinem w małe, dwustumililitrowe buteleczki lubelskiej cytrynówki. Doświadczenie uczy, że po kilkunastogodzinnym wysiłku, bez względu na temperaturę, człowiekiem telepie z wyczerpania i trzeba czymś się rozgrzać przed snem. Przy północnym skraju wsi odbijamy w lewo w polną drogę, która przechodzi w wąwóz. Po rynnie widać, że tak samo zasuwało wielu naszych poprzedników. Na otwartych wzgórzach mrok i wiatr.

Odbijamy ku zaroślom z drogi w prawo, razem z rynną, szukając ostatniego punktu kontrolnego. Zauważamy też w mroku trzy czołówki, które zbliżają się do nas z przeciwka. Ich właściciele mówią, że to jeszcze nie tu, trzeba dalej iść zaśnieżoną drogą na zachód. Oni już znaleźli PK12 i wracają do Zdziłowic. Jeszcze prawie kilometr i znajdujemy zakrzaczony wierzchołek wąwozu z ostatnim punktem kontrolnym. Po własnych śladach wracamy do szosy we wsi i ruszamy na ostatni, pozbawiony pułapek nawigacyjnych etap – cztery kilometry szosą do Batorza.

Ja i Michał chcemy biec, Marcin woli iść. Więc na końcówce się rozdzielamy. Z przeciwka biegnie Stanisław Olbryś, wchodzący w skład czołówki przez sporą część biegu, który już zameldował się na mecie, ale bez karty startowej. Kiedy uznał, że mapa już nie będzie mu potrzebna – wyrzucił ją, a kartę startową niechcący razem z nią. Teraz pyta nas, czy nie znaleźliśmy karty i biegnie dalej ku Zdziłowicom. Jak się potem dowiedzieliśmy, znalazł, a zaliczono mu czas z pierwszego dotarcia do mety.

Już w Batorzu widzimy parę piechurów, dosłownie sto metrów przed metą, więc jeszcze z Wawrem dogazowujemy, wyprzedzamy. Meldujemy się na mecie w ośrodku kultury z czasem 11:27. Ja mam jednego niepoprawionego stowarzysza na PK3 (mam OO, a powinno być JG). Czyli 25 minut kary. Michał też zaliczył OO, ale znalazł też JG i poprawił w karcie, więc ma tylko 10 minut kary za poprawkę. Minutę po nas dociera do mety Marcin z takimi samymi jak ja wpisami na karcie startowej, więc też ma karne 25 minut. Ostatecznie Michał jest 14, ja 16, Marcin 17. Marcina i mnie wyprzedził jeszcze Dariusz Bogumił z czasem 11:50 i bezbłędnym przebiegiem. GPS Marcina pokazuje 56 km.

skorpion1_1leftNa obiedzie spotykamy Irka Kociołka ze zwycięskiej piątki, który relacjonuje zmagania. Obiad wspaniały, z dokładką i przemiłą obsługą, przygotowany przez batorskie koło gospodyń wiejskich. Irek mówi, że w szkole załapał się na gorący prysznic, pod którym spędził pół godziny. Po obiedzie zasuwam do szkoły, to tylko trzysta metrów, ale wystygłem przez pół godziny na jedzonku i teraz mnie straszliwie na zewnątrz telepie. Szukamy prysznica w szkolnych zakamarkach, znajdujemy, woda w nim jest… lodowata. Irek, ty…

Jest troszkę ciepłej wody w kranie umywalki z przepływowym ogrzewaczem. Ablucje w umywalce – widok musiał być żałosny. Wreszcie legowisko w sali od matematyki, wypita z gwinta, popijana herbatą cytrynówka, która świetnie grzeje. Zadziwiająco dobrze zniosły półdobowy rajd moje stopy, osłonięte skarpetami kompresyjnymi CEP-a, goreteksowymi speedcrossami Salomona i stuptutami debrigater Inov-8. Wyczerpanie daje o sobie znać, zapadam w ciężki sen.

Tymczasem dobiega końca dramatyczny finał setki. Jej uczestnicy na drugiej pięćdziesiątce mieli prawie wszystkie punkty takie same, jak uczestnicy rajdu na 50 km. Zasuwali więc naszym śladem, prowadziła ich wydeptana przez pięćdziesiątkowiczów rynna. Taras Koniukhow zaciekle walczył z Pawłem Pakułą, pozostali mieli do nich sporą stratę. Taras prowadzi. Na ognisku koło 75 km (czyli na naszym PK 6 na półmetku pięćdziesiątki) Paweł dowiaduje się, że Taras ma nad nim kwadrans przewagi. Rzuca się w pościg i niestety zalicza stowarzysza OK, ale orientuje się, że zrobił błąd i poprawia na właściwy HH. Czyli 10 minut kary.

Mniej więcej 10 km przed metą Paweł nawet wyprzedza na jakiś czas Tarasa, ale ostatecznie na mecie z czasem 24:30 pierwszy melduje się Taras. Tym razem ma bezbłędny przebieg. Dziesięć minut później jest tam Paweł, dodaje się mu jeszcze 10 minut kary czasowej. Jako trzeci do mety trzy godziny później dociera Kamil Orban (27:47). Wszystkie 21 punktów setki w karcie startowej ma jeszcze tylko dwóch zawodników: Łukasz Chuderski (28:13) i Jerzy Lekki (29:20). Czyli z 25 zawodników pełną setkę zrobiło 5. Na dystansie 50 km ostatecznie sklasyfikowano 85 osób i zespołów. Z tego wszystkie 12 punktów kontrolnych zaliczyło 46.

Warunki śniegowe w tym roku okazały się bardzo trudne. W porównaniu z innymi Skorpionami było też dość bezleśnie. Poprzecinane miedzami z głębokimi rowami pola, przykryte łudząco gładką pierzyną śniegu, zapamiętamy na długo. To była naprawdę ekstremalna impreza, czworogłowe i trójgłowe czułem jeszcze przez tydzień.

Jan Goleń (jang)

Relacja ukazała się także w: http://bieganie.pl/

One thought on “Skorpion 2012

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *